Było czego się trwożyć!

W Paryżu prezydent Wilson z tysiącem co najmądrzejszych doradców układał Traktat Wersalski. Wadził się o każdą jego literę, łagodził Francję, angielską uciszał podejrzliwość, włoskie ambicje, straszył potęgą amerykańską, lecz, o zgrozo, i wplątywał Stany Zjednoczone w wężowisko europejskich złości.

Cóż bo Ameryce było do Europy! Przystąpiła do wojny, aby jej kres położyć, wdrożyła poszanowanie dla gwiaździstego sztandaru, ale i na tym koniec. Niech sobie tam robią z Traktatem Wersalskim, co chcą. Szmat papieru, jeden więcej. Podpis prezydenta Wilsona, prezydenta związku nad związkami? — Nic niewart...

Senat amerykański odmówił ratyfikacji, odmówił za poszeptem zakulisowych intryg niemieckich, odmówił za sprawą chciwców, którzy w tym lekkomyślnym postanowieniu widzieli krynicę mądrości, widzieli hasło nad hasłami, widzieli „splendid isolation237”...

Dla geszefciarzy stanozjednoczeńskich to odosobnienie było zapowiedzią jeszcze większych bogactw.

Dokonaliśmy. Cały świat mamy w kieszeni. Wszyscy są naszymi dłużnikami. Płacić muszą do nieskończoności. Jak się ze sobą rozrachują, nie nasza sprawa. Poza Ameryką nędza, swary. Odgrodzeni murem dwu oceanów, możemy poglądać filozoficznie, nie wtrącać się i, jako potęga nad potęgami, stać na uboczu...

Wreszcie mamy własne kłopotarstwa.

I znów wbrew oporowi prezydenta Wilsona wprowadzono drakońskie ustawy prohibicyjne.

Likwidacja gorączkowa wypchanych nad miarę składów wódek, piwa i wina przyniosła handlarzom miliardy. Dygnitarze naładowali swe piwnice i schrony pancerne kufami wszelakiego rodzaju alkoholu. Społeczeństwo zostało pogrążone w odmęcie zatargów z kodeksem karnym, wciągnięte w chryje kontrabandzkie, skazane na policyjne awantury, na bandyckie praktyki gwałcicieli prawa i jego obrońców.

W ciągu jedenastu lat umniejszono dochody państwa o siedem miliardów, co więcej w tym samym czasie zubożono je o inne miliardy wyrzucone na przemytnictwo trunków wdzierających się przez Meksyk, Kanadę, przez sąsiednie wyspy.