Każdy człowiek w Ameryce w każdej chwili może na drugiego człowieka dostać ów „warrant”, bez potrzeby przedkładania dowodu winy, bez powoływania się na świadków. Starczy jednostronne oświadczenie, że ten i ten skrzywdził go na honorze, na majątku, na ciele, aby kancelaria sądu wydała bezkrytycznie do rąk skarżącemu nakaz aresztowania rzekomego winowajcy.

Posiadacz „warrantu” zamienia się w pana wolności osobistej oskarżonego przez się człowieka. Może natychmiast doręczyć „warrant” pierwszemu z brzega pachołkowi policyjnemu i może „warrant” zachować u siebie, wyczekać chwili, uciec się doń w momencie najprzykrzejszym dla oskarżonego, który najczęściej pojęcia nie ma o grożącym mu uwięzieniu.

Wobec warrantu obywatel Stanów Zjednoczonych musi się poddać aresztowi, nie ma żadnych tłumaczeń, żadnych usprawiedliwień, żadnych dowodów niewinności. To należy do przyszłej rozprawy sądowej. Na razie jest to areszt prewencyjny, z którego można się wydobyć za złożeniem odpowiedniej kaucji. Jeżeli w następstwie wyrok sądowy uniewinni oskarżonego, temu wolno oczywiście dochodzić przykrości niewinnego osadzenia go w areszcie, lecz bez ekwiwalentu za poturbowanie przez pachołków policyjnych.

Kuso więc przedstawia się amerykański habeas corpus35. Bardzo niemile wygląda bytowanie człowieka, osobliwie w przeludnionych środowiskach, kędy zrywające się do władzy mrowie nie przebiera w środkach, kędy amerykańskie politykierstwo toczy walki u żłobów.

A jednak poczucie wolności w Ameryce jest potężniejsze niż gdziekolwiek. Hula ono jakby po dawnemu śród bezbrzeżnych prerii, tajemniczych puszcz, grzebieni i zapadów górskich, spogląda hardo od oceanu do oceanu, od tęczowych blasków zorzy północnej ku krwawej pościeli zachodzącego ponad równikiem słońca.

A jednak dobry duch ojców tej nowej ojczyzny ma jako niegdyś orle spojrzenie Indianina patrzącego w dal sponad kopuły waszyngtońskiego kapitolu.

Tygiel, w którym prażą się rasy i nacje

Ludność Stanów Zjednoczonych przedstawia bardzo osobliwą mieszaninę ras i narodów, mieszaninę, pomimo zewnętrznego, anglosaskiego pokostu, w treści swej niestopioną, podotąd36 grającą słojami różnorakich nawarstwień.

Podłożem tej ludności byli uczestnicy ekspedycji wojskowych angielskich, francuskich i hiszpańskich, którzy zakładali pierwsze sadyby, rabując i tępiąc czerwonoskórych autochtonów.

Za tym urzędowym awanturnictwem, poszło awanturnictwo prywatne, zwabione fantastycznymi opowieściami o rzekomych bogactwach nieznanego lądu. Dalej nadciągnęły gromady szukające nowych czy innych warunków bytowania, większego zacisza, życia z dala od fiskusa, od państwowej przemocy czy klasowych nierówności.