W ten sam sposób majster niemiecki odprawia polskiego czeladnika, gdyż nadarzyła się sposobność zastąpienia Polaka Niemcem. W równie grzeczny sposób Irlandczyk pozbędzie się Szkota, Włoch — Serba, Węgier zgnębi Rumuna.
Minęły wprawdzie czasy, kiedy gromadki polskich emigrantów witane były na każdym zakręcie ulicy grudami błota, gradem kamieni! Obelgi „dirty” Polak nie słychać dziś tak często jak dawniej, chociaż w zamian śród najwspanialszej oprawy bogatej auli uniwersyteckiej można wyczuć czające się w naukowych wywodach krzyżackie pasje.
Problematy narodowe, starokrajskie hasła wybuchają sporadycznie, rozpalają do białości uśpione amerykanizacją sentymenty, decydują w walkach społecznych i politycznych. Niekiedy, zdawałoby się całkowicie stępione, tną niby brzytwą, niekiedy prawie rozpuszczone, krystalizują się, powracają do utraconej indywidualności.
Żywą ilustracją tego zjawiska mogą być amerykańscy Niemcy. Wielka wojna zaskoczyła ich niejako, pogrążyła w bezwładnej potulności. Progermańska agitacja nie zdołała ich ocknąć. Sterroryzowani energią Wuja Sama poszli kornie nawet do szeregów amerykańskich, nawet na francuski front.
Zawieszenie broni jednak było dla gromad Niemców amerykańskich pierwszym hasłem. Niemcy nagle jakby odżyli, jakby się zbudzili. Propaganda ruszyła całą siłą. Umiała dotrzeć do kongresu, do senatu, w najsztuczniejsze wystroić się formy, doprowadzić Stany Zjednoczone do wyparcia się własnego prezydenta! Boć kiedy Wilson powrócił z Paryża z paktem w ręku, z takim paktem, jakiego chciał, jakiego się napierał, do jakiego zmusił mocarstwa grozą potęgi amerykańskiej — senat odmówił swego podpisu... Bo, orzekł chytrze... prezydent Wilson podpisał był akt, który się był nie rozpoczynał od słów „w Imię Boga jedynego”...
Od zawieszenia broni po wielkiej wojnie60 nastąpiła nowa konsolidacja żywiołu niemieckiego w Ameryce.
Niemcy, nauczeni doświadczeniem, zabrali się do wytworzenia w Stanach Zjednoczonych jednolitej organizacji, która by poza rozproszonymi vereinami była węzłem, była ogniskiem zdolnym do podsycania płomieni starokrajskich.
W tym celu została założona tak zwana „Steuben Society of America”, która pod imieniem niemieckiego generała, zabłąkanego w szeregach Washingtona, zaczęła w roku 1919 gromadzić Niemców amerykańskich.
Owóż ta „Steuben Society of America” w ciągu lat jedenastu niespełna (statystyka rządowa z roku 1930) zdołała dosięgnąć zupełnie ścisłej liczby 3 675 000 członków, wyraźnie trzy miliony sześćset siedemdziesiąt pięć tysięcy Niemców, zorganizowanych w Stanach Zjednoczonych w jednej tylko korporacji!...
Lecz krom różnic zasadniczych, rasowych czy narodowych, na olbrzymim kontynencie musiały powoli narodzić się inne jeszcze wyodrębnienia. Nawet język angielski nie ostał się w Stanach Zjednoczonych wpływowi wszelakich dziwolągów. Inaczej przekręca mowę Szekspira rodowity „ajrysz61”, siedzący pod „Niuj-jojkiem”; inaczej szwargocze ją Meklemburczyk znad rzeki Ohio, inaczej mieszkaniec „Czykogo”, a inaczej obywatel, którego zrodził „Pytsbujh”, lub dziedzic romańskich tradycji z Teksasu, Kalifornii czy Luizjany. A cóż dopiero mówić o tych wszystkich, którzy bezkrytycznie przyswoili sobie naleciałości sięgające Irokezów, Siuksów, Apaszów albo, co boleśniejsze, szczątki bełkotu sponad Zambezi, z Wybrzeża Kości Słoniowej lub z Angoli...