Na koniec jakże może iść w paragon62 bodaj nawet ten dawnego autoramentu yankee z tym prawdziwym gentlemanem południowych stanów, z tym prastarym dziedzicem siedzącym na rozległych włościach, a legitymującym się istotnie potężną sumą obywatelskiej godności?

Gdzież tu porównanie!

Z jednej strony człowiek zachłanny, zmaterializowany często, o ile religijny, to zawsze po sekciarsku, raczej mściwy, raczej w pysze własnej czerpiący wspaniałomyślność — a z drugiej strony człowiek miłujący tradycję, miłujący przeszłość, mniej przedsiębiorczy, mniej zabiegliwy, zawziętszy w poglądach, ale kto wie czy nie bardziej chrześcijański, czy nie szlachetniejszy.

Wojna Cywilna czasów Lincolna, czasów walki północnych stanów z południowymi, walki, podjętej w imię zniesienia niewolnictwa, niezatarte pozostawiła szczerby.

W południowych stanach już onego czasu bytowali autochtoni, potomkowie angielskich, hiszpańskich i francuskich osadników, potomkowie najgorętszych bojowników o wolność.

Stany północne poza następcami pielgrzymów wypełniała już ciżba różnorodnych przybyszów z całego świata.

Owóż tę ciżbę nade wszystko rzucono na ujarzmienie południa, na pokaranie go, na zmuszenie do posłuszeństwa.

Abraham Lincoln wielbiony jest w stanach północnych i środkowych — w południowych imienia Lincolna się nie wymawia.

Na północy Lincoln jest ideałem ludowładztwa, na południu wypomnieniem rabunków, pożogi, wyniszczenia okrutnego, mlekiem i miodem płynącego niegdyś, kraju.

Jako dawniej czerwonoskóry człowiek z pogardliwym ust skrzywieniem, wymawiał przezwisko „yankee” — tako i po dziś dzień w południowej Karolinie, w Alabama, Georgia, w Missisipi, a nawet w Virginii, ten sam wyraz zachował całkowite swe pierwotne indyjskie znaczenie.