Pomimo tych przeszkód ideologia amerykanizmu pali ile sił pod owym „tyglem”, w którym kotłują się stłoczone nacje i rasy. Spław ślimaczy się63 jednak ociężale.

Każdy poszczególny naród, niby kruszec odmienny, innych potrzebuje warunków, innej temperatury. Jeden już w lotne gotów przeistoczyć się gazy, podczas gdy drugi zdołał pozbyć się zaledwie zaostrzonych kantów.

W „tyglu” przecież już pierwsza niezawodna pociecha, że nie opuszczą go ci, którzy się doń dostali, że choć każdy po swojemu, każdy inaczej, lecz wszyscy amerykańskie wyznają sentymenty.


O wolności sumienia i o nietolerancji

Stany Zjednoczone bytują pod berłem tolerancji, prawem zastrzeżonej wolności sumienia.

Tolerancja amerykańska, jak każda tolerancja religijna na świecie, poczęła się z zatargów, z prześladowań i walk.

Amerykanie z dumą wypominają, jako to ojcami ich ojczyzny byli owi słynni pielgrzymi, którzy w liczbie kilkuset na okręcie Mayflower64 przybili do wybrzeży Nowej Anglii, uciekając przed gnębicielstwem, zabraniającym im chwalenia Wszechpana według własnego pojęcia.

Ów historyczny Mayflower, symbolizujący niejako idealną stronę wędrówki za ocean pierwszych kolonistów, jest zarazem potężnym drzewem genealogicznym. Z tego drzewa radzi wywodzić się arystokraci Ziemi Washingtona, dyskretnie zapominając o tym, że owi męczennicy za wiarę rozpoczęli gospodarkę na nowych osiedlach pod hasłami terroru religijnego, pogardy dla wszelkiego innowierstwa i krwawych z nim porachunków.

Jako niegdyś reformacja na Ziemi Szwajcarskiej umiała własne zapalać stosy i znów ogniem karać odszczepieństwo od reformy, takoż i na wolnym lądzie Ameryki w imię Chrystusa mordowano i tępiono Inkasów meksykańskich i peruwiańskich i, w imię Chrystusa, na pustkowiach Nowej Anglii śmiercią karano herezję od herezji.