Silniej od władzy zmagają się z katolicyzmem gminy protestanckie, protestanckie związki, protestanckie zrzeszenia, masońskie organizacje, a wreszcie terrorystyczne kluby słynnego w Ameryce Ku-Klux-Klanu.
W roku 1882 katolicy utworzyli rodzaj swej gwardii ochronnej pod postacią Rycerzy Kolumba i zdołali już doprowadzić ją do poważnego zastępu 637 000 członków w roku 1929, podzielonych na grupy rozproszone po całych Stanach Zjednoczonych.
Pomimo jednak tego silnego zwierania się katolików, pomimo rosnących ich wpływów w Ameryce, katolicyzm, zwłaszcza w tych najprzedniejszych sferach, jest uważany po dzień dzisiejszy za nie lada usterkę.
Na wolnej Ziemi Washingtona w stosunku do katolików wałęsają się gęsto równie przyjemne nastroje jak w Skandynawii, kraju złośliwego zacofania protestanckiego.
Uczciwość zmusza do stwierdzenia, że ku tej niechęci do katolików przyczynił się w Stanach Zjednoczonych żywioł irlandzki.
Irlandczycy, jako element zachłanny, podstępny, noszący na sobie piętno wielowiekowej niewoli, nie są lubiani. Owóż Irlandczycy zdołali opanować całkowicie hierarchię kościelną katolicką, dzieląc się nią jedynie z Niemcami, z którymi się wyjątkowo dobrze harmonizują i pośrednio wywierają silny wpływ na Watykan.
Ten wpływ pochodzi nade wszystko z tego właśnie cyfrowego rozwoju kościoła rzymskokatolickiego w Stanach Zjednoczonych, który Irlando-Niemcy własnej przypisują zasłudze — z podsycanych spodziewań bliskiego wzmożenia jeszcze tego rozwoju, a w ostatku wynika z darów słanych Rzymowi, darów tworzących dzisiaj jedną z najpoważniejszych rubryk budżetu Stolicy Apostolskiej.
Hierarchia irlandzko-niemiecka najwspanialej dotrzymuje obowiązków świętopietrza. Kiedy taki arcybiskup chicagowski, Niemiec, sławetny kardynał Mundelein, ponurego autoramentu dygnitarz, jedzie ad limina apostolorum85 do Rzymu, zawozi ze sobą mały skrawek papieru, a na nim czek opiewający na jeden cały milion dolarów.
Tego miliona dolarów nie potrzebował kardynał Mundelein daleko szukać. Samych polskich parafii w Chicago ma coś około pięćdziesięciu. Nawet tych parafii w ogóle nie potrzeba było molestować, starczyło zaciągnąć po prostu pożyczki na szkoły i kościoły... Przecież w Ameryce świątynia jest taką samą nieruchomością, jak pierwsza z brzegu kamieniczka! Zresztą w Ameryce skarbce kardynalskie mają swoją reputację nie gorszą od skarbców protestanckich. Kardynał O’Connell z Bostonu miał kuzynka, którego, wyjeżdżając do Europy, pozostawił na administrowaniu funduszami. Kuzynek przegrał okrągły milion na giełdzie... Ani stąd śladu, ani znaku nie zostało. Wszelki słuch w bostońskiej archidiecezji od dawna o tej bagatelce zaginął.
Wróćmy jeszcze do kardynała Mundeleina. Na jego przyjazd do Rzymu w świętym Kolegium nagromadzono całe stosy dokumentów żałosnych.