Tu, przy ujściu Hudsonu, dziesięć milionów ludzi stłoczonych, dławiących się, na wagę złota liczących każdą piędź ziemi; tu na jednej mili kwadratowej niespełna osiem tysięcy mieszkańców, jak w obwodzie Columbii, a owdzie na takiej samej mili kwadratowej siedem dziesiątych człowieka podziewa się w Nevadzie, trzech całych ludzi w pięknej Arizonie lub w zaczarowanym Nowym Meksyku, a dwu tylko na milę kwadratową w Wyomingu. A jeżeli nawet bogata Kalifornia legitymuje się pięciu i pół milionami lub Teksas blisko sześciu milionami, to owe miliony ludzi zbliżają się w zwarte gromady w pewnych tylko punktach, pozostawiając trzy czwarte stanu odłogiem.
Nawet tak ludny i gęsto zamieszkały stan nowojorski ma powiaty liczące po sto pięćdziesiąt i dwieście tysięcy mieszkańców i ma powiaty (hrabstwa) sięgające kilkudziesięciu, a nawet kilkunastu tysięcy zaledwie.
Bardzo niewiele miast amerykańskich można by porównać z miastami europejskimi, a dostojeństwo ich mierzyć szczątkami prastarych murów, śladami początkowych rozsypisk.
Szanownym wyjątkiem jest niezawodnie leciwy Boston, tradycji pełna Savannah, wreszcie Charleston w Południowej Karolinie, bodaj najstarsze nad Atlantykiem St. Augustin, a dalej tu i ówdzie rozrzucone złomy hiszpańskich klasztorów, francuskich barykad czy niepozorne resztki jakichś prymitywnych obozowisk.
Przeciętne miasto amerykańskie rodowód swój zwykło wywodzić od fabrycznego komina.
Najpierw dźwignął się był komin, dokoła niego powstały bezkształtne łamańce pogmatwanych zabudowań, a do tych łamańców dopiero zaczęły przystawać, zrazu bardzo prymitywne, a dalej coraz to kształtniejsze, drewniaki ludzkich ognisk, żywiących się jakby tym jednym ogniskiem, buchającym ze środkowego komina.
Jako niegdyś w Europie, dokoła jakiegoś srogiego zamku, czyli93 rezydującego w tym zamku mocarza, tako w Stanach Zjednoczonych dokoła tego pierwszego komina, dokoła tych pierwszych szałasów, rozbitych ponad odkrywką przyszłej kopalni, jęły wyrastać inne, bezładna osada przedzierzgać się w tężejące w oczach miasto.
Teraz dopiero, śród labiryntu fabrycznych budowli, śród całego śmietniska odpadków, zrytych częstokroć kilofami obszarów, śród gmatwaniny bocznic kolejowych ruszała z miejsca ambitna, lecz zawsze chciwa zysków, urbanistyka.
Spójrzmy z lotu ptaka na jedno z przeciętnych wielkich miast północnoamerykańskich.
Jak okiem sięgnąć szachownica kwadratów, rozszczepionych tu i ówdzie przekątniami, a buchająca snopami ostrego, gryzącego dymu.