Tu gromada pośmigłych gmachów, jakby żywcem wyrwanych Rzymowi Trajana, jakby wprost z Aten sprowadzonych, a tuż obok brudne rumowisko, ponury warsztat ciężkiego trudu, a tuż obok ponad lampasem korynckich kapitelów potworny płomień stalowni wypalający łunę na podniebnej chmurze. Tu park nad parkami, wymuskany, pióropuszami najosobliwszych, zdobnych krzewów, tu wspaniałe kobierce zieleni rozpostarte kornie u podnóża hardych pomników, a tuż obok zapadlisko nędzy, życia wielkomiejskiego co najbrudniejsze oficyny, jeden targon odpadków, zwałów węgla, szyn, desek, nor ludzkich, pyłu i kłębów dymu.

Niekiedy, jak na przykład ze wzgórza ponad widłami Monangaheli i Allegheny, zlewającymi się w głębokie nurty Ohio, widok przepiękny, widok w zmrużeniu powiek budzący zachwyt liniami śród skalistych zrębów żłobionej doliny — widok grający po nocach snopami iskier, krociami światełek, włóczących się po górach, przeglądający się w trzech naraz wstęgach rzek, widok niby złuda rozpływający się w szarzyźnie i monotonii dnia powszedniego, widok na Pittsburgh.

Wolej94 poglądać z daleka, a nie wpatrywać się, wolej bryły ogarniać, niż linii dociekać.

Toć nie Monte Pincio, toć nie rzut spod bazyliki na Montmartrze na złomy murów współczesnej Lutecji.

Kędy okiem rzucić fabryczne kominy, fabryczne zabudowania, fabryczne szopy. Tam, gdzie kolos architektury, tam hotel albo bank, tam dworzec kolejowy, tam nowoczesny, amerykański karawan-seraj handlu, przemysłu, businessu. Niekiedy między gigantycznymi zrębami jakaś wysmukła strzałka, jakiś nikły czubeczek fontanny sięgający murowanemu olbrzymowi powyżej łydki — to wieżyca świątyni, niekiedy modlitwami ponad miasto ku niebu wystrzelająca, dzisiaj skarlały budyneczek dwudziestego nawet nie dogoni piętra.

Niby z góry Tibidabo pod Barceloną, ze zrębów Eagle Rock w pobliżu Orange w stanie New Jersey można jednym rzutem objąć nie siedem krajów, jak chce tradycja katalońska, lecz w zamian przyjrzeć się świetnej wypukłomapie siedmiu miast amerykańskich z Nowym Jorkiem na czele, rozrzuconych na poszarpanych oceanem płaszczyznach. Lecz z tego rzutu taż sama nużąca jednostajność rozplanowania, toż samo nagromadzenie reprezentacyjnych wspaniałości w pewnym punkcie i taż sama nieskończoność kwadratów, toż samo geometryczne pokratkowanie.

Bardzo niewiele miast amerykańskich, czy to dzięki wyjątkowemu swemu położeniu, czy jakimś niezwykłym warunkom, zdołało wyłamać się, zerwać z pętami monotonii, zdobyć się na jakiś własny rys, własny charakter. Nawet tam, gdzie natura sama zdawała się pracować na wyrobienie tego charakteru, tej odrębności, tej oryginalności, tam handel z przemysłem ruszył o lepsze, ażeby tę odrębność, tę oryginalność pokryć jak najstaranniej nalotem standaryzacji.

Boć jako każda ze sfederowanych republik ma swoją własną stolicę, a w stolicy tej musi mieć gmach swego własnego parlamentu, swój własny kapitol, wzorowany na kapitolu waszyngtońskim, a więc zdobny w olbrzymią kopułę, zaparty o podstawę kilkudziesięciu szerokich, marmurowych czy granitowych schodów, wydłużony mniej lub więcej klasycznymi skrzydłami — tako i każde miasto amerykańskie ma wszędzie i co kroku kubek w kubek takie same sklepy rzeźnickie, tak samo urządzone standardowe restauracje i restauracyjki, mleczarnie, owocarnie, składy apteczne i nawet benzynowe stacje.

Tam oczywiście, gdzie Chicago lub Filadelfia moszczą sobie spacerowe drogi, zdobywają się na monumentalne konstrukcje, gdzie wszystko chcą mieć jeszcze większe, jeszcze bogatsze, jeszcze wspanialsze niż gdziekolwiek, tam banalność ustępuje, tam na kilku placach czy ulicach bogaty gród wszystkie swe rozpościera precjoza.

Lecz dość zboczyć z Michigan Avenue, dość zanurzyć się wgłąb jednej z przecznic, aby wpaść niebawem w labirynt kwadratów, brudnoczerwonych, mrocznych ulic lub dostać się między pasy szarych, przylepionych szczelnie do siebie, jednakowych w każdym calu domków ciągnących się setkami metrów po obu stronach niechlujnych, wyboistych ulic.