Przeciętne wielkie miasto amerykańskie przygnębia swoją szarzyzną.

Równo uszeregowane ulice, o ile nie urozmaicają ich zabudowania jakichś warsztatów pracy, jakichś składów, jakichś zakładów szkolnych, są tak do siebie łudząco podobne, że nawet w Nowym Jorku bez sprawdzenia numeru ulicy niepodobna odróżnić Trzydziestej Siódmej od Trzydziestej Szóstej, Pięćdziesiątej od Pięćdziesiątej Pierwszej, nie można jednym rzutem rozeznać czasami domu, w którym się mieszka.

Przeciętny dom „apartamentowy” starszego nieco autoramentu jest zakrojony z reguły na jedną i tę samą modłę.

Cztero- lub trzypiętrowy czworogran cegły obrzucony wiśniową lub żółtą farbą, czworogran bez bramy wjazdowej, z wystającymi na zewnątrz, otwartymi schodami mającymi pod swym skosem wejście na parter, a idącymi wprost z ulicy na pierwsze piętro, gdzie znów z sieni idą już wewnętrzne schody do wyższych kondygnacji.

Front takiego domu, co więcej, jest zeszpecony dodatkowymi jeszcze, żelaznymi, pożarnymi schodami wiszącymi bezładnie, a ogarniającymi swą siecią wszystkie poszczególne mieszkania.

Drugi typ domów amerykańskich, aby uniknąć brzydoty schodów żelaznych na froncie, nie ma wspólnych ścian szczytowych z sąsiednimi domami, lecz jest odgrodzony od nich przejściami tak zwanymi „elami” (aisles). W takich domach schody żelazne wychodząc już na te „ele”, będące zarazem składami wszelkiego rodzaju odpadków i nieczystości.

Nowoczesny typ kamienic wielkomiejskich usilnie zabiega o większe zharmonizowanie zewnętrznych linii, lecz przy największych, przy najgorętszych usiłowaniach wpada w koszarową jednostajność. Tak wspaniała nawet, a siląca się na zalotność Commonwealth Avenue w Bostonie przy bardzo czujnym dozorze architektonicznym zdołała w rezultacie rozciągnąć po obu stronach przenudne kloce schematyzmu.

Dopiero idąc od centrum miasta amerykańskiego, uciekając przed piwnicznym oddechem arterii, zastawionych drapaczami nieba, [dostrzec można, jak] znika oszczędność w wyzyskaniu każdej stopy gruntu, budowle maleją, zyskując na kształcie, poszerzają się ulice, coraz odważniej, coraz śmielej przystrajają drewnianymi domami, zanurzają wreszcie w zielenią spowite dzielnice rezydencyjne.

Ameryka, wbrew europejskim wyobrażeniom, była i jest jeszcze po dziś dzień drewniana.

Drewno przez długie lata stanowiło główne miast amerykańskich tworzywo.