Lecz drewno w Ameryce nie jest znamieniem ubóstwa.

Przeciwnie, tam, kędy nędza z niechlujstwem podają sobie ręce, tam w Ameryce, niby w Nowym Jorku na East-Side, brud i niedola w kamiennych gnieżdżą się domostwach, tam rudoczerwone bety, łachy i sienniki zdobią mroczne wąwozy cuchnących zaułków. Kogo stać na powietrze, na słońce, ten osiada w drewnianym domku umiejącym być równocześnie i szczytem wykwintu, i szczytem prostoty.

Ponadto drewno w Ameryce zawsze odgrywa rolę materiału przejściowego. Gdy brak środków na kamiennego potwora, gdy podźwignięcie muru zbyt wielkie pociąga koszty, Amerykanin zaczyna od drewna. Drewnem się dorabia, na drewnie wyrasta, woli mieć czytelnię publiczną w drewnianym domku, aniżeli czekając latami na cegłę, nie mieć czytelni.

Drewno amerykańskie jest budulcem tanim, świetnie spreparowanym, drwiącym sobie z „grzybów” i „kurczenia” i udostępnionym tak mocno, że można nim operować niby pudłem klocków, z których według wzorów da się ułożyć kilkanaście miniaturowych domków — a z których żwawszy chłopczyna wykombinuje sam kilkanaście innych...

Drewno amerykańskie zakasowało od dawna wszelką tradycję najsłynniejszych modrzewiowych siedzib, poematami opiewanych dworów i dworków.

Drugim rysem charakterystycznym miast i miasteczek amerykańskich, tym rysem, który mocniej, silniej uderza, aniżeli wszystkie razem wzięte spiętrzenia drapaczy chmur, aniżeli nawet te osobliwe piramidy, prowadzące ze sobą walkę o coraz większą liczbę pięter, jest niepojęty dla Europejczyka brak zawór96, brak ogrodzeń, brak płotów, brak krat.

Osobliwie człek przybywający z kraju, w którym byle płatek zieleńca obwiedziony jest drutem kolczastym, kędy97 byle ogródeczek podkościelny ujęty jest w sztachety, kędy z parków, żelazem otoczonych, wypędza się ludzi na rozpalony bruk uliczny w momencie, gdy te parki tchną pełnią ożywczego oddechu — osobliwie taki człek w miastach amerykańskich, w amerykańskich osiedlach wyznać się z początku nie może.

Dziwny, niezrozumiały kraj.

Toć i tutaj, jak i w Europie, włóczy się co kroku taż sama hołota, też same Maćki, Wojtki, Kaśki, Gastony, Luizy, Doroty i Giowanny — też same morusy przebiegłe a psotliwe.

A jednak nieogrodzone zieleńce lśnią swymi kobiercami, a przecież do każdego parku amerykańskiego można właściwie wejść z każdej piędzi otaczającej go ziemi, można weń wjechać o każdej porze dnia i nocy, można, o dziwo, rozpostrzeć się na trawie, można sobie wyprawić majówkę, można nawet naśmiecić.