A choćby sobie w takim Central Parku w Nowym Jorku! Podczas upałów można na całą noc rozłożyć się z poduchami i materacami, urządzić sobie pokój sypialny tuż w pobliżu jakiegoś bardzo artystycznego trytona, a buduar w sąsiedztwie marmurowych nimf, brązem świecących posągów.

Można...

W Ameryce bowiem, na przekór tradycjom ludów wywodzących się od króla Ćwieczka, panują odmienne zasady. Parki, ogrody, zieleńce publiczne są dla publiczności, są dla ludzi, są dla wszystkich, a nie dla wielkorządców, nie tylko dla policmajstrów.

Trawniki, nawet pod świątyniami, są również dla ludzi i nie wyłącznie dla radowania ich soczystością swego koloru, dzieciom wolno kulać się98 nie tylko na piasku, ale i na wymuskanych „gazonach”.

Ład panuje wzorowy, najdelikatniejsze rośliny się nie skarżą, bo w Ameryce zawsze jest zadość ludzi, którzy w pewnym wieku chętnie imają się miotły i grabi, bo w Ameryce ogrodnicy są również dla publiczności, a nie publiczność dla ogrodników.

O wiele ciekawszą jeszcze jest tajemnica ogrodzeń tam, kędy już prywatna zaczyna się własność.

Setki i tysiące mil angielskich drogi poprzez różnorodne stany i wszędzie własności prywatne stoją otworem... A jeżeli zdarzy się płot, to płot ruchomy z tarcic, niby z klocków we fryz układany w szczerym polu i wznoszony jedynie na pohamowanie żarłoczności żywego inwentarza.

Jeszcze gdzieniegdzie w Nowej Anglii można znaleźć przeżytek murowanej barykady zabezpieczającej milionera przed ciekawością natrętów. Lecz są to już szczątki. Najpiękniejsze rezydencje zdobywają się co najwyżej na symbol zamknięcia, symbol graniczny. Więc oto dwie urny oznaczają bramę wjazdową, ówdzie dwa słupy wskazują drogę przed zawsze otwarty podjazd, oddzielony od ulicy zieleńcami, niskopiennymi krzewami.

Do ogrodu poza domem równie łatwy o każdej porze dostęp. Jeżeli ostatecznie kratka, to na tenisową piłkę, na kojec dla psów, na drabinkę dla pnących latorośli.

Tym brakiem płotów, brakiem ogrodzeń Ameryka bije nawet Francję, zaćmiewa słynące urokiem wille podmiejskie.