We Francji nieskończone rzędy ciągnących się po obu stronach ulic zagród murowanych, gęstych sztachet, wysokich drucianych siatek podtrzymujących żywopłoty. We Francji najuboższy domek z pęczkiem zieleni zamyka się w samym sobie, chroni przed wzrokiem przechodnia swoje samolubne „chez soi”. Gdzieniegdzie spoza bukietu róż, poprzez wykrętasy żelaznych zawór, spoza ażurowej furtki, wygląda zręb pałacyku, łuską szyfrową opancerzona wieżyczka, niekiedy głąb cienistej alei, skrawek dywanowego kwietnika.

W Ameryce piękny szeroki gościniec pruje nawet skromniutkie osady. Boki tego gościńca obramowane są pasami cementowych chodników, do których przylegają głębokie, starannie wystrzyżone zieleńce, idące ku odsuniętym wgłąb domostwom, graniczącym ze sobą drożynami prowadzącymi do garażu na tyłach domów, do ogrodów, niekiedy nawet do całego poza domem farmerskiego obejścia.

Dopiero w punkcie, kędy zaczyna się handlowa część osady lub miasteczka, tam dopiero urywają się zieleńce, a domy, już zazwyczaj murowane, przysuwają się do chodników.

Za wyjątkiem bardzo nielicznych naśladowań staroangielszczyzny czy holenderszczyzny, która front domu chce mieć zawsze tuż przy ulicy, a ogródek i najmilsze pokoiki umieszcza na tyłach, ten ład panuje niemal na całej ziemi amerykańskiej.

Duże miasto amerykańskie pomimo swych wielkich wysiłków, pomimo bogatej swej zabiegliwości, jest jakby z reguły niechlujne i brudne. Nawet wspaniałe parki, nawet owe dzielnice reprezentacyjne nie łagodzą nieprzyjemnego wrażenia. Pył, dym i często dławiące wprost wyziewy zatruwają powietrze najwspanialszych metropolii.

Choćby kogoś olśnić milionami dolarów, rozrzuconymi hojnie na wybrzeżu jeziora Michigan, choćby się ktoś dał porwać istotnie pięknej linii drapaczy nieba, zdumieć chicagowskim kolosom, to przecież jak mu przy zwiedzaniu miasta dmuchnie raz od przesławnego „Armoura”, jak mu zawieje tym rzeźnickim kolosem, to na trzy dni starczy mu wypomnienia... A przecież tym Armourem w Chicago oddychają krocie tysięcy ludzi, a przecież tym okrutnym fetorem olbrzymich zakładów przemysłowych oddycha nie tylko dwadzieścia tysięcy pracowników, ale i pięć kilometrów najbliższego z tymi zakładami sąsiedztwa.

Choćby się więc jakiś technik z kretesem zachwycił takim Kansas City (Kanzas), które wydaje się jakby było miastem zbudowanym na czubkach głów cukru, ustawionych obok siebie a połączonych całą siecią mostów, to jednakże jak wpadnie na siostrzyczkę chicagowskiej rzezalni, to w pierwszej chwili gotów by skończyć samobójczą śmiercią.

Nie mniej przykre są wyziewy z fabryk chemicznych, rafinerii nafty, z wszelakich potworów ziejących zabójczymi kwasami, fermenty idące chmurą miazmatów od Manhattan Transfer, aż do samego Newarku.

Lecz istną klęską wielkich miast amerykańskich jest żrący, dławiący, pyłem węglowym nasączony dym.

Taki Pittsburgh, Cleveland, Youngstown, Bethlehem, Cincinnati, Atlanta i dziesiątki innych pławią się niemal w kłębach dymu. Dym i pył wciska się do mieszkań, przyćmiewa światło słoneczne, bluzga brudnym deszczem, szarym od razu sypie śniegiem, dosięga człowieka nawet na piętnastym piętrze hotelu, wytwarza w płucach osady węglowe, skazuje nawet gentlemanów na mniej wytworną, a jednakże konieczną czynność dłubania palcem w nosie.