Ale choćby nawet na takim Park Avenue w Nowym Jorku, kędy komina fabrycznego ani poświeć, biada ciekawemu, który by nazbyt śmiele ważył się głowę zadzierać, ścigając linie spiętrzonych brył...
Nie wszyscy od razu chwytają, że kamieniczka dwudziesto- czy czterdziestopięciopiętrowa musi być odpowiednio ogrzewana i że samo utrzymywanie maszynerii, operujących w podziemiach, wymaga mocnego paliwa, że pył węglowy leci zawałami sponad drapaczy nieba, że biada nieuzbrojonemu w szkła spojrzeć ku niebu bodajby na Park Avenue w Nowym Jorku.
Wielkie metropolie amerykańskie zdumiewają raczej szalonymi wprost nakładami pieniędzy, trudnym do pojęcia bogactwem dochodów, raczej swą rozrzutnością, aniżeli osiąganymi za cenę tej rozrzutności rezultatami.
Dość sobie uprzytomnić, że jedno jedyne miasto Nowy Jork ma budżet roczny o półtora raza większy niż największy dotychczas budżet Rzeczpospolitej Polskiej, że jeden jedyny Nowy Jork ma cztery razy więcej długów aniżeli Rzeczpospolita Polska, że Filadelfia więcej wydaje na swoje utrzymanie niż Rzeczpospolita Polska na swoją armię, a Baltimore pochłania więcej pieniędzy aniżeli polski budżet ministerium oświaty i wyznań religijnych — aby bardzo krytycznie spoglądać na całe urbanistyczne tworzywo amerykańskie i bez zdumienia patrzeć na wielkomiejskie osobliwości, inżyniersko-techniczne sztuczki i bodaj doznawać zawodu.
Duże miasta amerykańskie są ambitne, chciwe sławy, prześcigają się w pomysłach, idą w zawody o powiększanie obszaru, przyrost ludności, o jeszcze hojniejsze nakłady.
We wszystkich poczynaniach są nadzwyczaj śmiałe, energiczne, gotowe do chwytania w lot najzawrotniejszych planów. Żadnego zamiłowania do staroświecczyzny, żadnego fetyszyzmu dla tego, co wczoraj było pięknym, szanownym czy sławnym.
Choćby szło o te dwie sakramentalne arterie amerykańskich miast „Broadway” i „Main Street”, to w każdej chwili linia regulacyjna lub byle koncept inżynierski gotów jest ściągnąć wszystkie domy po jednej stronie drogi, rozbić dynamitem żelazobetony, zapłacić hojnie, ale zburzyć i banki, i pałace, i świątynie...
Miasto amerykańskie nie wdaje się w żadne korowody.
Ma, przypuśćmy, w swym łonie piękny zaczątek warszawskiego Krakowskiego Przedmieścia, które, od Karmelitów począwszy, zazębia się dwukrotnie i wpada w krzywy wąwóz mizernego Nowego Światu.
Jedno posiedzenie Rady Miejskiej i oto już linia jak strzelił idzie od Bernardynów i pozwala królowi Zygmuntowi poglądać wprost na Plac Trzech Krzyży...