Znikają w oczach skrzydła dawnego pałacu Radziwiłłowskiego, idzie na miazgę hotel Bristol, sypią się frontony gmachów, ginie Pałac Staszica.

Barbarzyństwo nie do darowania w Warszawie, w Ameryce świetnie zrealizowane odrodzenie miasta. Pomnikowa Avenue budzi zachwyt. Karmelici mają jeszcze większą banię, Kopernik jeszcze potężniejszego Staszica za plecami, to co narastało przez dziesiątki lat bez ładu i składu, zamienia się w celowo a nowocześnie przeprowadzoną arterię wielkomiejską.

Na Piątej Avenue w Nowym Jorku pałac Vanderbildtów. Miliony dolarów pochłonął, w co najdroższe freski, stiuki, brązy i marmury się przystroił. Tu, w tym pałacu, złota gwiazda słynnego machera kolejowego doszła do zenitu. Tu zaczęła się piękniejsza historia możnego rodu amerykańskiego.

Piękny pałac, skwapliwie wypominany przez nowojorskie przewodniki. Aliści metropolia żwawiej się posunęła w stronę Pięćdziesiątej ulicy. Pałac Vanderbildtów w jednej chwili wyrósł na idealne miejsce dla jeszcze wyższego od dotychczasowych drapacza nieba. Tyle było wahania, ile kwestii o wagę złota. I był pałac Vanderbildtów, był wczoraj jeszcze i jest dzisiaj, ale gdzie indziej, bo nowy sobie, jeszcze ładniejszy zbudowali.

Jeszcze mniej dla Europejczyka zrozumiałym przykładem są dzieje słynnego hotelu Waldorf-Astoria.

Nie było mu równego. Takich salonów, tak bogatych urządzeń, tak przepastnych sal koncertowych, bankietowych, sal na zebrania, na zjazdy, takich apartamentów w żadnym bodaj na świecie hotelu by nie znalazł.

Waldorf-Astoria był wyrazem ostatniego szyku, Waldorf-Astoria był postojem wszystkich potentatów, zatrzymujących się nad Hudsonem, Waldorf-Astoria był ciągle i przez całe swoje bytowanie miejscem najpocześniejszym. W Waldorf-Astoria zbierała się „cała” Ameryka, książęta rodów panujących, zarówno jak i prezydenci Stanów Zjednoczonych mogli się byli zatrzymywać tylko w Waldorf-Astoria.

I oto ten wszechświatowy, niezrównany, nowojorski Waldorf-Astoria pewnego dnia, przed trzema zaledwie coś laty, wydał był wspaniały bankiet nad bankietami, zebrał śmietankę wykwintu amerykańskiego, wprowadził w ekstazę pomysłowością fety i... nazajutrz zawarł brązowe podwoje... A w półtora roku niespełna na gruzach pięknego budynku dźwignął się ku niebu słynny nowojorski „Empajer”, więc sto cztery piętra w górę, sto cztery piętra bogactwa, zbytku, techniki, sto cztery piętra wszelkich w tym kierunku „naj” amerykańskich, czyli 60 000 ton stali, 6 400 okien, miejsca na 25 000 lokatorów!...

Połóżmy nacisk. Wspomniany Waldorf-Astoria mógł był przetrwać jeszcze całe lat pięćdziesiąt, mógł był okryć się patyną starości, mógł był jeszcze przez dwa pokolenia w arystokratycznej chadzać oprawie, mógł był zakosztować może mniej wytwornej, ale zawsze wielkiej popularności, mógł był niby podcienia Palais Royal w Paryżu, wiać czcigodną pustką dawnych czasów — jako Amerykanin wolał przecież odejść w pełni sił, bo tak mu nakazywał duch czasu, rozmach amerykańskich metropolii.

Wszystko, co w amerykańskim wielkim mieście chce trwać, chce żyć, musi się odradzać, musi w oczach rosnąć, musi się przeistaczać. Zatrzymać się, znaczy w Ameryce niknąć, znaczy zapadać się.