O ile wielkie miasta amerykańskie nastręczają bardzo wiele sposobności do krytyki, o tyle niewielkie osiedla największego sceptyka mogą przejąć zachwytem dla ładu, wzorowej czystości, niepojęcie zamożnych urządzeń.
Tu już nie ma milionerów ani setek tysięcy mieszkańców i nie ma na miliony wyciąganych budżetów, lecz co najważniejsze, nie ma również skarbu państwa, nie ma oglądania się na zwierzchność sypiącą pieniędzmi, nie ma skamłania o zapomogi, o inwestycje, o fundowanie jakichś zakładów dobra publicznego.
Dwadzieścia, piętnaście, siedem, cztery, dwa tysiące ludzi zaledwie w miasteczku.
Dwa tysiące ludzi, więc szkoła początkowa, więc szkoła wyższa, więc bocznica kolejowa, więc światło elektryczne, kanalizacja, wodociągi, telefony, czytelnia, straż ogniowa, izba handlowa, kluby, własne czasopismo, banki, starannie utrzymane jezdnie, bardzo porządne chodniki (nikomu nie wolno postawić domu bez wybudowania chodnika), miejsce spacerowe, kilka świątyń, szpital, teatrzyk... I to wszystko dźwignięte, zorganizowane i prowadzone staraniem tych dwu tysięcy ludzi!
Oni sami się zawzięli, oni sami się opodatkowali, oni sami między sobą zarządzili odpowiednie składki, aby się innym nie dać, aby się nie pozwolić uprzedzić, aby życie uczynić nie tylko znośnym, ale przyjemniejszym, lepszym, czyściejszym, zdrowszym.
Nic temu małemu miasteczku do starosty czy szefa jakiegoś departamentu, nic im do naczelnika powiatu. Sami sobie wybierają „mayora” z ławnikami, sami tworzą swego sędziego, swego dozorcę robót publicznych, swego własnego policjanta. Sami radzą, sami się rządzą i patrzą swojej własnej polityki.
Każdy idzie o lepsze, aby rodzonemu miastu dobra przysporzyć, aby historii tego miasta poczciwe imię przekazać, w złotej księdze ofiarności się zapisać.
Gdyby przyjąć za skalę porównawczą najstaranniej zagospodarowane miasta flamandzkie czy bawarskie, choćby szwajcarską wypolerowane drobiazgowością, to jeszcze amerykańskiemu osiedlu trzeba by przyznać pierwszeństwo.
Być może to pierwszeństwo dałoby się umniejszyć wyjątkowymi warunkami — istotnie swobodnym, nieskrępowanym żadnym biurokratyzmem rozwojem, brakiem klasowości, całkowitym brakiem chłopstwa i drobnomieszczaństwa, a raczej tym faktem, że w Ameryce każdy chłop jest rzemieślnikiem-mieszczaninem i każdy mieszczuch gotów jest zaciągnąć się na chłopa. Pomimo i tych jednak zastrzeżeń małe miasta amerykańskie biją na głowę wszystko to, co Europa najlepszego wyprodukować zdołała, biją na głowę dziesiątkami lat całe stulecia pracy.
Nie tylko sam rodowód wielkich miast amerykańskich, ale i siła ich rozkwitu jest godna zastanowienia.