Cóż bo w Europie rozstrzyga o rozroście danego miasta? Co stanowi o zamożności, o piękności nowoczesnego „city”?

Więc najpierw hierarchia, władza.

Im większa hierarchia rezyduje, tym gród dumniejszy, tym bardziej imponujący, tym wspanialsze gmachy, tym hałaśliwsze wszędy99 dygnitarstwo.

Poza hierarchią o rozwoju miasta decyduje nagromadzenie instytucji, scentralizowanie ich, sztuczne niejako zniewolenie mieszkańców dalszych obszarów do ściągania, zbierania się w jednym punkcie.

Stąd w Europie najpiękniejsze są miasta stołeczne, one bowiem są niejako kwintesencją całego kraju, one przodują, one reprezentują, kosztem miast prowincjonalnych stroją się na pokaz...

W Stanach Zjednoczonych przepotężna stolica czterdziestu ośmiu republik dosięga zaledwie pół miliona mieszkańców, z których czterdzieści pięć procent z górą stanowi ubogi, nieciekawy plebs murzyński... Stolica „Ameryki” jest ładna, znakomicie rozplanowana, wystrojona w federalne instytucje — ale gdzie tam równać się Waszyngtonowi z żywotnością, z pędem takiego Milwaukee, Detroitu, San Francisco w Kalifornii, nie mówiąc już o tak szerokiego życia ogniskach, jak Los Angeles!...

Wielka polityka sfederowanych rzeczpospolitych odprawia się więc raczej w zaciszu flegmatycznej pracy urzędniczej, śród parków i ogrodów, hardych pomników i mizernych domków, na wspaniałej perspektywie Penn Avenue, domów wąskich, dwupiętrowych, ochlapanych niedbale rozczynem wapna i pokratkowanych od frontu żelaznymi schodami. Nie ma w Waszyngtonie ani szkół wojskowych, ani jakichś nadzwyczajnych instytucji naukowych, ani owej pychy, która zwykła rozsiadać się w stolicach państwa.

Na wielką politykę Stanów Zjednoczonych nie wpływa przeto tłum wielkomiejski, nie miesza się do niej młodzież, nie reagują zastępy robotnicze. Waszyngton trwa na uboczu, jakby na neutralnym gruncie, ma ambicje Mekki, delfijskiej rad zażywać powagi, na co dzień jest tylko sympatycznym, o polorach wszechświatowych, miasteczkiem idącym pod względem liczby mieszkańców bardzo skromnie tuż za nowojorskim Buffalo.

Ale i te mniejsze, bo dotyczące jedynie poszczególnych republik, polityki odprawiają się w nie mniej niezwykłych warunkach.

Za wyjątkiem jednego jedynego stanu Massachusetts, który stolicę swoją prastarą zachował w potężnym Bostonie i za wyjątkiem Colorado i Virginii, które swe serca umieściły w dość ludnym Richmondzie i rozłożystym Denverze, wszystkie inne stany wyemigrowały ze swymi parlamentami do osiedli względnie maleńkich, do miast stojących poniżej ich własnych stanowych metropolii.