Łatwiej jest gwieździe filmowej piątorzędnej świetności otrzymać pół miliona dolarów za wybite zęby podczas pijatyki, aniżeli biedakowi pracującemu w słynnych rzeźniach Armoura tysiąc dolarów za poszatkowaną przy wyrabianiu masy salcesonowej rękę. Nawet i tyle taki biedak nie zdobędzie ekwiwalentu, ile potężnej kompanii dzięki tej zmiażdżonej ręce przybyło funtów salcesonu.
Pomoc w chorobie, zaopatrzenie rodziny wszystko to należy do dobroczynności.
Jakiś potentat fabryczny zbudował szpital, piękny szpital, wspaniały szpital, ale za opłatą pięciu dolarów dziennie. Inny potentat otworzył dla swoich pracowników składy towarów, handel wiktuałów, dostarcza wszystkiego o dwadzieścia pięć i trzydzieści procent taniej i sam zarabia.
W razie wypadku cięższego, nawet tak fabryczny stan jak Pensylwania, kędy jeden Pittsburgh chwalił się czasu wojny, że produkuje więcej stali niż cały świat, zakład przemysłowy obowiązany jest zapłacić pracownikowi poszkodowanemu tylko za jeden miesiąc leczenia.
I to wszystko.
Po miesiącu wolno jest dowodzić temu pracownikowi nieuleczalności czy kalectwa, ale to już, razem ze śmiercią... należy do asekuracji stanowej, asekuracji bardzo oszczędnej, bardzo maleńkiej.
Młody inżynier wskutek wybuchu kwasów przy dokonywaniu doświadczeń traci wzrok. Jest synem wdowy i jedyną jej i rodzeństwa podporą.
Taki wypadek z tak wielkim stosunkowo dygnitarzem wart jest w Pensylwanii sto dolarów dożywocia.
Wyrobnik otrzymuje mniej. Skala trzyma się zasady „byle z głodu nie umarł”.
W wypadkach katastrof, w stanach wyjątkowo niezależnych od magnatów przemysłowych, rzecz załatwiają naganiacze asekuracyjni wyrastający niby spod ziemi i w krytycznej chwili wyłudzający od zrozpaczonej rodziny za byle grosze zrzeczenia się pretensji do odszkodowania.