O nieszczęśliwych wypadkach fabryczno-przemysłowych mówi się zresztą jak najmniej. W zakładach takich „General Electric” i takiego „Westinghousa” każdy dzień i każda godzina pracy okupywana jest haraczami życia i zdrowia ludzkiego.
Lecz jeżeli wypadek nie rozwali murów fabrycznych, ani o nim słychu, ani śladu. Prasa milczy pokornie w obliczu milionów, policja kurczy karki, nikt wyrazu nie piśnie, nawet statystyka.
Ale istnieje przecież w Ameryce tak zwana „Zorganizowana Praca112”, o której wpływach często gęsto się słyszy, która posiada nie byle jaki związek, tysiące adherentów, własne biura, własnych obrońców, reprezentantów, dygnitarzy, strażująca w samym Waszyngtonie, aby się krzywda człowiekowi pracującemu w Stanach Zjednoczonych nie stała. Jakoż do pewnego stopnia, kędy się działaczom udało ogarnąć bardziej zwartą lub bardziej uświadomioną gromadę pracowników, tam Federacja Pracy wywiera nacisk, tam nawet tak zwane „unie” robotnicze niemało zmartwień przyczyniają społeczeństwu.
Federacja Pracy obejmuje niby cały alfabet zawodów, od aktorów, muzyków i artystów filmowych począwszy, aż do górników, praczy, murarzy, białoskórników113, zdunów i nauczycieli.
W niektórych działach Federacja Pracy urosła nawet na potęgę, na organizację terroryzującą produkcję, terroryzującą kapitał, a szczególniej tam, kędy114 porozumienie jest łatwiejsze, materiał pracowników podatniejszy do przekucia na solidarną masę.
Takim słynnym produktem amerykańskim jest na przykład unia drukarzy, która w najbogatszych stanach przeistoczyła się w bardzo arbitralną władzę. Praca w drukarniach została zredukowana do sześciu i pół godzin, wydajność jej ograniczona z góry określoną normą, której nie wolno jest pracownikowi chętnemu przekroczyć. Cennik ustala wynagrodzenie, żąda podwójnej zapłaty za każdą godzinę poza normą wykonanej pracy, ale i zezwala na odmówienie dodatkowej pracy! W każdej drukarni unia ma wyznaczonego delegata, którego władza przewyższa władzę zarządcy drukarni czy jej właściciela. Wydalanie pracowników, przyjmowanie nowych nie może się odbyć bez zgody unii. Obsługa maszyn, względnie115 do swej wydajności, ma przepisowe liczby pracowników i musi ich utrzymywać, choćby się można bez nich obejść.
Unie drukarskie ograniczają liczbę uczniów, miarkują powiększanie nowych sił drukarskich, a zniewalając swych członków do względnie wysokich opłat, gwarantują bezrobotnym pięćdziesiąt procent wynagrodzenia.
W zasadzie tendencje dobre, tendencje uczciwe, lecz traktowane tak bardzo jednostronnie, że w Ameryce, a dokładniej w miastach, kędy unia drukarska zdołała narzucić swoją kontrolę, „linotyper” zarabia więcej aniżeli dobra siła redaktorska, składacz ogłoszeń jest nababem wobec reportera, a koszt prowadzenia samodzielnego warsztatu drukarskiego tak wielki, że jeno116 rozporządzające wielkimi środkami instytucje mogą wytrzymać warunki i cenniki narzucone im przez unię drukarską.
Te wielkie trudności na tym olbrzymim kontynencie juścić117 regulują warsztaty buntownicze, nie lękające się browningów i działające nawet tak, jakby w Ameryce nie istniało żadne prawo chroniące pracownika przed wyzyskiem...
Tu unijny sybaryta zgarniający, śpiewając, po sześćdziesiąt i siedemdziesiąt pięć dolarów tygodniowo, a tuż w pobliżu nędzarz zatruty wyziewami ołowiu, pobierający za trzy razy większą pracę dwadzieścia, a niekiedy i dwanaście dolarów na tydzień!