Łódź z Turnem gna po morzu wśród złowrogich trzeszczeń.

On gardząc ocaleniem, patrzy w pustą przestrzeń

I kornie do niebiosów wznosi ręce obie:

«Wszechwładny ojcze! Takżeś mnie winnym w tej dobie

Osądził? Tak za karę moc spętał mych ramion?

Gdzież płynę? Skąd uchodzę, tak szpetnie omamion?

Czyż Laurentu mur ujrzę i wały? Zabioręż

Klątwy mężów, co dla mnie chwycili za oręż,

Których (strach rzec!) na zgony okrutne wydałem —

A teraz widzę z dala, jak przed wroga szałem