— Rada bym...
Młodzieniec zamilkł i tylko brwi ściągał, a wąsa coraz wyżej zadzierał...
— No, no! — pod nosem mruczał — jakem Szczerb!... No, no!...
Raptem zasępił się.
— A Jur? — głosem niespokojnym spytał.
Dobruchna w odpowiedzi rozsunęła nad głową jego powoje i wskazała w oddaleniu wystający ponad dachy kamieniczne ostry szczyt wieży. Rysował się on twardo i wyraźnie i na kształt wielkiej iglicy zdawał się przeszywać nisko płynące chmury.
Szczerb zrozumiał i w większy jeszcze wpadł smutek.
— A tamci? — podjął.
— Z nim razem.
Z kolei powiódł wzrokiem pytającym dokoła siebie i po sobie i dodał ciszej: