— Za... Jurasiem? — szepnęła powiernica.
Na ustach dziewczęcia na krótką chwilę uśmiech zjawił się słaby.
— Za... Włochem — powtórzyła Dobra.
Ten sam uśmiech powtórzył się powtórnie i zaraz zniknął. Zniknął z ust — pojawił się w oczach. Był zaś rzewny, melancholijny, prawie bólu bliski.
Jednocześnie z tym uśmiechem Basia prawą ręką chwyciła dłoń przyjaciółki, a lewą biorąc książeczkę, tchem jednym czytać z niej jęła:
I’vidi Amor che begli occhi volgea
Soave si, ch’ogni altra vista oscura
Da indi in qua m’incomincio apparere.
— Ależ, Basieczko... — przerwała tamta, w zdziwieniu wielkim oczy otwierając szeroko.
Dziewczyna jednak zdawała się nie słyszeć i znów, kart kilka przewróciwszy, czytała: