Basia wówczas ręce zaplotła, oczy spuściła, na anielskie lica wyraz bierności i rezygnacji przywołała...
— Jeśli taka będzie pana ojca wola... — ledwie dosłyszalnym głosem szepnęła.
Rodzeństwo porozumiało się oczami. Oczy te mówiły: „sprawa skończona”.
Zaraz też Basi odejść dozwolono — po czym stryj Jan zajął się przygotowaniem i wysyłką ważnego pisma familijnego do brata Balcera.
W kilka wieczorów później Giano aksamitnym swym głosem odczytywał Basi sonety Petrarki.
Komnata pełna była zapachu czeremchy, której okwiecony wierzchołek z ogródka Szeligów do otwartego okna sięgał. Z ciepłym tchnieniem wiosennego wieczora nadpływała od Wisły tęskna pieśń flisów — taka sama, a może nawet i ta sama, jaką się dzisiaj słyszy.
Dobruchna, przydana do towarzystwa narzeczonym, wyszła na chwilę, sprawami gospodarskimi wywołana. Prócz dwojga młodych nikogo w komnacie nie było.
Basia, przesuwając w milczeniu palcami prawej ręki bogate manele, obciążające jej rękę lewą, odezwała się nagle głosem przyciszonym:
— Czy waszmość, panie Giano, tak samo miłować mię202 będziesz, jak ów poeta swą Laurę?
Włoch obrzucił ją spojrzeniem płomienistym.