— Co takiego?

— Mocna, twarda uzda, której ani zerwać, ani zębami przegryźć nie można.

— Osa, mów wyraźniej. Jakaż to uzda?

— Bieda.

Sprężycki przypatruje się koledze szeroko otwartymi oczyma. Jest oczytany, posiada dużo wiadomości, ogarnia myślą szerokie horyzonty — ale o życiu praktycznym ma pojęcie tak słabe, jak dziecko. Wygląda też dziecinnie i najmłodszy z całego grona, odbija rażąco od swych kolegów, wyrostków, którym wąsy już się sypią.

— Czy to znaczy, że nie masz pieniędzy? — pyta naiwnie.

— Ano, tak...

— To poproś swego ojca, żeby ci dał...

— Ba! Kiedy mój ojciec także nie ma!

Sprężycki milknie. W głowie nie może mu się pomieścić, żeby mogli być na świecie ojcowie, nie mający pieniędzy.