— Kozłowski! Kozłowski! — powtarzają inni.

Wołany odchrząkuje, brodą zabawnie porusza, oczyma strzela w prawo i w lewo...

— Mnie ciągnie do lasu... — oświadcza głosem poufnym i zęby wyszczerza.

— Jak zwyczajnie kozła... — zauważa jakiś dowcipniś.

— Głupiś, kochanku. Zwyczajnych kozłów do lasu nie puszczają, boby zniszczyły — a ja będę las siał, lasu pilnował, o lesie myślał. Będę leśniczym — rozumiesz? Najpierw leśniczym, a potem nadleśnym.

— Wiwat Kozioł nadleśny! — krzyczą chłopcy wesoło.

Ossowski śpieszy uciszyć wrzawę.

— Sitkiewicz ma głos — przypomina.

Sitkiewicz pociera brodę, na której dzięki długiemu skrobaniu scyzorykiem jeży się już jasna, rzadka szczecinka.

— To się wie, że mam głos — żartuje — przecieżem nie ryba427.