„Zbierz dużą wiązkę siana, ja zbiorę drugą; powiem ci, jak masz zrobić, gdy sąsiedzi zabierać się będą do domu spać, bo pójdą niezadługo, skoro pierwsze brzaski już zaczynają mieszać się z czerwienią dogasającego ognia”.

Po krótkiej chwili Małgorzata Brien wróciła do domu i znalazła go pustym45 z wyjątkiem Hanrahana Rudego i młodej dziewczyny, którzy siedzieli przy ogniu, rozmawiając szeptem. Niosła po wielkiej wiązce siana pod każdą pachą. Położyła jedną koło drzwi i rzekła: „Owenie Hanrahanie, czy nie pomógłbyś mi skręcić tych dwóch wiązek siana w powrósło, bo wicher wywrócił stóg i chciałabym go naprostować, zanim mąż mój powróci z jarmarku?”.

„Najchętniej”, odrzekł Hanrahan, idąc ku wiązce leżącej koło drzwi i biorąc z niej garść siana. Skręciwszy ją w sznur mniej więcej dwóch stóp długości, podał jeden koniec Małgorzacie Brien i rozpoczęło się kręcenie powrósła. Dodawali wciąż z leżących wiązek siana i Małgorzata Brien stopniowo oddalała się, podczas gdy plecy Hanrahana zbliżały się do drzwi. Powrósło wydłużało się, wydłużało, aż wreszcie nogi poety znalazły się na progu; i wydłużało się jeszcze dalej, aż na na koniec stał już na drodze. Małgorzata Brien czekała, by przysunął się aż do przygasającego już krzaka, i wtedy dopiero nagłym rozpędem zatrzasnęła drzwi i zasunęła rygiel.

„Niechaj kruki, wrony, jastrzębie rozszarpią twe ciało, niechaj duszę twą porwą złe duchy, niechaj łożem twym będzie na wieki rozżarzony kamień paleniska piekielnego!”, krzyczał, dobijając się do drzwi.

„Szczęście to nasze takiej nocy”, rzekła do córki Małgorzata Brien, „że pierwiosnki były rozsypane na progu, a gałąź jarzębiny wpleciona w strzechę!”. Wreszcie dobijanie się ustało i usłyszała kroki Hanrahana szybko oddalającego się drogą.

Udał się w kierunku morza, a gdy zszedł na wybrzeże, gniew jego ustąpił miejsca głębokiej melancholii. Niepoliczone46 myśli i uczucia poczęły mrowić się i wirować w jego wnętrzu. Zatrzymał się nad samym brzegiem wód i siadłszy na wielkim kamieniu, począł wymachiwać prawą ręką i powoli jednocześnie coś przyśpiewywać sobie. Szukał w tym pociechy, w czym nieraz już ją znalazł, w wierszach i muzyce; bo podobnie jak liczni gaeliccy poeci był nie o wiele bardziej znany jako wierszopis niż jako twórca muzyczny. Komponował teraz wiersze i muzykę, które później nosiły tytuł Kręcenie powrósła, a gdy tworzył je, marzenia jego pogłębiały się i zmieniały, aż wreszcie śpiewał już o kręceniu powrósła ludzkich boleści. Szare postacie, wpół dojrzane, wpół wyczute, zdawały się zbierać dokoła niego i przechadzać się po morzu. A pomiędzy nimi przesunęła się i Kliona z Fali Morskiej, nie obniżona już przez ciało ludzkie, lecz roześmiana i szydercza pod swą koroną rubinową. Potem to powrósło ludzkich boleści zmieniło się w jego marzeniach w wielkiego węża zwijającego się w krąg dokoła niego i ujmującego go stopniowo coraz ciaśniej w swe zwoje; aż wreszcie zwoje te zapełniły całą ziemię i całe niebo i gwiazdy wydawały się połyskami ich łusek. Wstał i poszedł chwiejnie brzegiem morza, i wydało mu się teraz, że szare postacie ulatują dokoła tych zwojów. I oto śpiewać jęły:

„Boleść na tego, co odrzuca miłość cór plemienia Dana, bo nie znajdzie pociechy w miłości cór Ewy. Ogień zawładnął jego sercem. Wygnajcie go, wygnajcie go, wygnajcie go!”.

Kasieńka, córka h’Ulahana i Hanrahan Rudy

Po kręceniu powrósła u Małgorzaty Brien Owen Hanrahan Rudy powędrował ku północy, spełniając najpośledniejsze roboty najemne u farmerów i opowiadając opowieści na wieczornicach i weselach; potem jeszcze raz ku południowi, w kierunku hrabstwa Leitrim, i znowu z powrotem ku Miastu Rzeki Shelly47, przez Przełęcz Dwóch Złych Duchów Powietrza.

Między Przełęczą Dwóch Złych Duchów Powietrza a Jeziorem Mieczów dogonił, ku swemu zdumieniu, niejaką Małgorzatę Rooney, niewiastę-włóczykija, którą znał kiedyś za swej młodości w Munsterze48. Stała się ona słynna na całą ojczystą baronię i ostatecznie ksiądz miejscowy wysforował ją z okolic rodzinnych. Poznał ją z chodu, z barwy oczu i ze zwyczaju, jaki miała zawsze, odgarniania od czasu do czasu lewą ręką włosów na tył głowy. Odbywała, jak mówiła, wędrówki dookolne, sprzedając śledzie, i wracała właśnie do domu w zakącie49 Miasta Rzeki Shelly, zwącym się Burrough, gdzie mieszkała z dawną przyjaciółką Marią Gillis, kobietą podobnego charakteru i prawie takiej samej historii; czułaby się bardzo szczęśliwa, dodała, gdyby chciał osiedlić się u nich w domu i śpiewać swe słodkie pieśni miłosne prostakom, ślepcom, żebrakom i skrzypkom całego Burrough. Zachowała zawsze miłą pamięć o nim, a Maria Gillis umiała jedną z jego pieśni na pamięć, tak że nie potrzebuje obawiać się, jak go przyjmą, bo będą go traktować jak najlepiej, a prostacy, ślepcy, żebracy i skrzypkowie roznosić będą jego sławę po wszystkich kątach prowincji i nie zapomną płacić za każdą opowieść czy poemat sztuki dziesięciopensowej.