Przyjął jej propozycję dość ochoczo, bo znużyła go wędrówka i pragnął spokoju domowego oraz towarzystwa kobiet, które by słuchały opowiadań o jego kłopotach i pocieszały go. Gdy szli dłużej społem pod wielkimi drzewami, które ocieniały ścieżynę w Leszczynowym Lesie, opowiedział jej kilka swych strapień. Wysłuchała historii o Księdze Wielkiego Diabła i o kobiecie z plemienia czaroludków z częstymi okrzykami zgrozy „Boże, chroń nas!” i z niejednokrotnym żegnaniem się pobożnym, a za niepowodzenie przy kręceniu powrósła pocieszyła go pocałunkiem i tkliwie opasującym ramieniem.

Był już zmierzch, gdy dochodzili do Burrough, i Hanrahan zauważył, że jego kochanka, nie pierwszej już młodości, wyglądała w tym półmroku wcale nie niepokaźnie.

Gdy Marii Gillis powiedziano imię gościa, rozpłakała się prawie na myśl, że ma podejmować tak sławnego człowieka.

Hanrahan osiadł w swym nowym mieszkaniu z wielką radością. Małgorzata Rooney miała pod czterdzieści, Maria Gillis była nieco młodsza, lecz obie dochowały resztki roztrwonionych, znośnie miłych spojrzeń, a przeżyły już dawno doby zazdrości; robiły przy tym doskonałe sękacze, wiedziały, gdzie piwo słodowe było prawie za darmo, i obie miały niezłe do kubka usposobienie. Dobrze nastrojony, dzięki niezwykłemu spokojowi i ładowi tego rodzaju życia, Hanrahan zaczął szybko tworzyć poematy. Pisał ich czasem kilka na dzień, zamiast spędzać jak ongiś tygodnie czasem nad kilkoma wierszami, i nadto były to może najlepsze jego utwory. Większość z nich stanowiły pieśni miłosne, ale przytrafiały się też psalmy pokutne, włączone później do Różańca Hanrahanowego, książki cieszącej się takim rozgłosem między uczonymi gaelickimi. Inne znowu były zamaskowaniem patriotyzmu namiętnego pod formą pieśni miłosnych, zwracanych to do Czarnej Różyczki, to do Kasieńki, córki h’Ulahana, to do jakiegoś innego upostaciowania Irlandii.

Co wieczór dziady, żebracy, ślepcy i skrzypkowie zbierali się dokoła ognia i słuchali z podziwem jego śpiewów lub gwałtownych recytacji. Niezmordowana pamięć, jeszcze nie spustoszona przez druk i papier, pozwalała im bardzo szybko uczyć się tych pieśni i opowieści, a niezmordowane nogi roznosiły sławę jego po wszystkich wieczornicach, weselach i plotkarskich zebraniach całego Connaught50. Nigdy powodzenie jego nie dochodziło do takich szczytów.

Każdy, kto widział go pewnej nocy listopadowej siedzącego na brzegu wielkiego łóżka, z własnym cieniem migającym za jego plecami na biało tynkowanej ścianie aż po sufit podstrzechowy, śpiewającego pieśń miłosną jakiejś trzydziestce obszarpanych chłopów, i zapamiętał wiecznie ruchliwą jego twarz oraz zauważył pełną nacisku energię w każdym geście, wspominał do dnia śmierci, że oglądał króla poetów Gaelu i władcę marzeń ludzkich.

Nagle przestał śpiewać i oczy zamgliły mu się, jak gdyby patrzał na oddalone rzeczy.

Maria Gillis, która właśnie nalewała piwo słodowe do kubka drewnianego stojącego u jej nóg na niskim stołeczku, przerwała to zajęcie i rzekła: „Czy myślisz nas opuścić?”.

Małgorzata Rooney usłyszała te słowa, nie widząc ich przyczyny, i wziąwszy je na serio, podniosła się z miejsca przy ognisku i podeszła doń z sercem pełnym lęku przed mogącym wznowić się ubóstwem, przed męczącymi włóczęgami z koszykiem śledzi na głowie, przed utratą wreszcie takiego przedziwnego towarzysza oraz znaczenia, jakie nadawał domowi.

„Nie zrobisz tego, mój najsłodszy?”, rzekła, chwytając go za rękę.