„Nie”, odpowiedział, kładąc dłoń na jej głowie. „Myślę o Irlandii i jej boleściach”. Potem zaczął śpiewać te słowa na dziką i kapryśną nutę własnej kompozycji, która podrywała, się i opadała na podobieństwo lamentów wichru:

O, gęstwo trzcin, jak więdnąc, w stawach się gniesz Zielonych Ziem

Pod gorzkich Czarnych Wichrów od lewej ręki ciągłym tchem!

Jak gęstwa trzcin i męstwo w tym Czarnym Wichrze schnie i mrze:

Lecz w sercach skrylim płomień, co tlał na samym oczu dnie

Kasieńki, córki h’Ulahana.

O, zdarte chmury świata, wołajcie w głos z pamiętnych gór

I raźcie gromem głazy, bo w szał wpadł Krwawych Wichrów chór!

Jak zdarte chmury świata wrą namiętności, serca wrą:

Lecz wszyscy gniem się nisko, ślad stóp całując z świętą czcią