Długo krążyłeś wśród dumań i westchnień,

A gdym pytała, co cię zasmuciło,

Spojrzałeś na mnie surową źrenicą;

Gdy mimo tego nalegałam bardziej,

Tupnąłeś nogą, skrobałeś się w głowę,

Mimo mych błagań upornie milczałeś,

Gniewnej prawicy kazałeś skinieniem

Wyjść z twej komnaty — byłam ci posłuszną,

Bo się lękałam zbytecznym natręctwem

Gniew twój gwałtowny gwałtowniej zapalić;