Ciemnych pojęć, słuch łowił, przerażon do głębi.
Namiętny, w ciężkiej ciszy, ostry krzyk jastrzębi,
A wzrok dojrzał lecący puch z gołębic, krwawy...
Wszyscy odeń stronili, nie mając ochoty
Być w kręgach jego myśli; więc, w kącie komnaty,
Sam jeden ze swym cieniem, dziwne poematy
Układał, pisząc węglem smutku i zgryzoty...
Z domu wychodził rzadko — o słońca zachodzie,
I w parku szedł, wśród kwiatów, pełen zimnej pychy;
A rzędy drzew, w alejach, mruczały jak mnichy