Tu manuskrypt się urywa.
Autor zostawił te 8 zdań i ani słowa więcej. Możemy tylko sobie wyobrażać, jak wyglądałaby powieść, którą otwiera powyższa sekwencja. Ile bym dał, by poznać resztę, by zanurzyć się w świat Wolibrodu i podążać za meandryczną składnią, zdaniami, które przybliżają i oddalają opowiadaną historię, krążąc wokół punktów węzłowych i nie pozwalając na ani jeden moment wytchnienia. Ale w tej chwili zdaję sobie sprawę, że popełniam błąd. Czytając początek, zakładam koniec. Istnienie początku daje przeczucie końca, przeświadczenie, że istnieje ciąg dalszy. To czytelniczy nawyk, ugruntowany przez lata: wiemy doskonale, że następna strona i kolejne pokryte są farbą drukarską, kolejne litery składają się w słowa, słowa w zdania, zdania w akapity, te zaś w rozdziały. Początek powieści jest jak wystająca spod szafy kartka: widoczny trójkąt zapowiada cały prostokąt. Czytelnik odkrywa, a odkryć można tylko to, co jest. Coś musi istnieć w ukryciu, by odkrywanie miało sens. Tu nie ma całości, jest tylko fragment. Nawet słowo fragment kłamie, gdyż fragment pochodzi z całości. Tymczasem to, co jest tu dane, te 8 zdań, to wszystko. Autor nie odpowie na żadne dodatkowe pytanie. Nie ma go tutaj i nie ma nigdzie indziej. A my możemy się tylko domyślać motywów, które doprowadziły go do takiego końca.
Czy jednak Posłowie powstawali jako początek większej całości, nawet nienapisanej, nieprzemyślanej, ale jednak założonej jako niekonkretny ciąg dalszy? Wtedy można byłoby szukać notatek, szkiców, wspomnień przechowywanych przez znajomych Autora, którym zdradzał, czasem mimochodem, swoje pomysły. Można by, co już bardziej ryzykowne, spróbować wyprowadzić z istniejących zdań ciąg dalszy, pomyśleć możliwe warianty, losy bohaterów. Wtedy tkanie dalszej opowieści byłoby jednocześnie podglądaniem dotychczasowych nawyków narracyjnych Autora. Każdy pisarz ma swoje ulubione motywy i obsesje, tematy, wokół których krąży i rozwiązania fabularne, które, często nieświadomie, wykorzystuje częściej niż inne. Wtedy przed Redaktorem, który musiałby przed Czytelnikami w Posłowiu do publikowanego dzieła skrupulatnie wytłumaczyć przyjętą metodę, stałoby zadanie, które można byłoby nazwać twórczością. Ale ta twórczość byłaby mozolnym chodzeniem po śladach i odkrywaniem śladów. Redaktor tkałby swoją opowieść z cudzych nici, z tropów pozostawionych przez Autora w powieściach, opowiadaniach, esejach i wywiadach. Paradoksalnie więc, ta twórcza praca, jaką byłoby rozwijanie ośmiu powyższych zdań w powieść, byłaby odkrywaniem. Odkrywaniem przewrotnym i pełnym napięć, gdyż to, co odkrywane nigdy nie istniało. Ale zarazem słowo „odkrywanie” pasuje tu lepiej niż tworzenie, choć niewątpliwie w odkrywaniu tym byłoby dużo dowolności, którą czasami nazywamy twórczością (czyż nie dlatego bardziej cenimy autora oryginału od kopisty?).
Autor, gdyby tylko chciał dokończyć dzieło, miałby w tym procesie dużą dowolność. Redaktor, najpierw szukający śladów, a potem nimi podążający, sens swej pracy musiałby zobaczyć w ograniczeniu dowolności, w jej eliminacji. Jeśli ciąg dalszy miałby być w jakikolwiek sposób przypisany Autorowi, nawet z licznymi zastrzeżeniami, to dowolność musiałaby stać się największym wrogiem Redaktora. A kiedy zostałby do niej zmuszony brakiem śladów lub ich nieczytelnością, byłaby to każdorazowo jego porażka. Aporetyczna2 sytuacja Redaktora Posłów polegałaby zatem na przymusie dowolności: dowolność byłaby ostatecznością, przykrą koniecznością w sytuacji, gdy inne, pozbawione dowolności, rozwiązania, okazałyby się niewystarczające. Czy zatem taka przymusowa dowolność mogłaby się nadal nazywać dowolnością? Czy konieczność nie unicestwia tej, i tak sporadycznej, dowolności? To jedno pytanie.
Inne każe się zastanowić nad zasadnością metody chodzenia po śladach. Sprowadza ona bowiem napisanie ciągu dalszego Posłów do odkrywania czegoś, co zostało w twórczości Autora i w jego wypowiedziach o tej twórczości już wcześniej zakodowane. A to wymaga założenia, że każdy kolejny tekst Autora jest tylko powtórzeniem tego, co już przez niego powiedziane. W pewnym sensie takie postawienie sprawy czyni każdą kolejną wypowiedź Autora zbędną i nadmiarową. Być może można by bronić takich iteracji3 kryteriami drugorzędnymi: zawsze można powiedzieć coś ładniej, zgrabniej lub choćby zwięźlej, a zatem powtarzanie może mieć jakiś sens. Ale sprowadzenie twórczości do powtórzeń trudno uzasadnić. Od którego bowiem momentu autor zaczyna się powtarzać? Od debiutanckiego tekstu? Od pierwszej powieści? Gdzie postawić granicę? Odkąd możliwa jest praca Redaktora, tu definiowanego jako różny od Autora podmiot dopisujący ciąg dalszy? Odkąd można Autora ostatecznie wyeliminować, zakładając, że w swej twórczości zostawił wystarczająco dużo śladów własnego pisarskiego DNA, by móc za ich pomocą zrekonstruować cały genom nowego dzieła? A jeśli dzieło Autora miało być przełomem? Jeśli dziewiąte jego zdanie miało nie wypływać z poprzednich, być nowym otwarciem, a jeśli tak miało być ze zdaniem dziesiątym, jedenastym itd.? 8 zdań przywodzi na myśl 8 kartek arkusza drukarskiego (i powiązany z tym zabieg Calvina4). Może nowy arkusz otworzyłby zupełnie nowy świat? A może w tych 8 zdaniach wyraźnie jest zapisane, że kolejne będą wyglądać inaczej? Co wtedy miałby zrobić Redaktor? Jak miałby się zachować?
W o ile lepszej sytuacji byłby Redaktor, gdyby miał jeszcze kilka innych fragmentów. Albo gdyby wiedział, że istniejące 8 zdań to nie następujące po sobie zdania otwierające, lecz niepowiązane molekuły tekstu, które w zamyśle Autora miało dzielić morze liter. Co bowiem wskazuje, że zachowane w manuskrypcie zdania następują po sobie i stykają się ze sobą tak szczelnie, jak to tylko umożliwia sąsiedztwo akapitów? Być może metodą Autora, być może metodą stworzoną tylko na potrzeby tego dzieła i nigdy wcześniej przezeń niepraktykowaną, miało być pęcznienie i narastanie tekstu, rozdzielenie istniejących zdań innymi zdaniami, a nawet, co przecież łatwo sobie wyobrazić, rozszczelnianie istniejącego tekstu nawet wewnątrz zamkniętych struktur; ostatecznie powyższe 8 zdań to zdania wielokrotnie złożone, dlaczego zatem nie założyć, że można je zwielokrotnić i złożyć na nowo?
Początek zakłada koniec, w pierwszym zdaniu opowieści kryje się obietnica zdania ostatniego. Czym jednak jest ostatnie zdanie poza tym, że fizycznie kończy tekst na ostatniej stronie (nie licząc spisów treści, indeksów, stron redakcyjnych)? Logika związku między pierwszym i ostatnim zdaniem, układająca te dwie formuły w implikację, poprzednik i następnik, zakłada linearną strukturę tekstu. Ostatecznie tekst pomieszczony pomiędzy dwiema okładkami ma pierwszy znak i ostatni, choć tu o byciu pierwszym i ostatnim rozstrzyga topografia, a nie względy literaturoznawcze. Co jednak, jeśli zamysł Autora, nigdzie wprawdzie nieujawniony, rozsadza tę przestrzenną linearność powieści i przekształca formę literacką w rozgałęziające się drzewo, bez końca mnożące na konarach coraz mniejsze rozwidlenia gałązek, w których historia rozszczepia się na coraz drobniejsze warianty, z których żaden nie jest uprzywilejowany? Jeśli mozolne dopisywanie przez Redaktora ciągu dalszego to nie quasi-rekonstrukcja nieistniejącej realnie całości — gdyż takie założenie całości musi zakładać jakąś zamkniętą formę — tylko rozmnażanie tekstu w nieskończoność, ciągłe otwieranie zamiast zamykania, którym jest proces zbliżania się do ostatniego zdania? Może Posłowie nie mogą mieć ostatniego zdania nie dlatego, że nie powstało lub że — z jakichś powodów — nie możemy uznać za takowe zdania ósmego, lecz dlatego, że ich losem — co prawda niespełnionym — jest rozgałęziać się w nieskończoność. A w takim razie zdanie ósme jest równie dobrym ostatnim zdaniem, co zdanie osiemnaste, osiemdziesiąte lub osiemsetne.
A co jeśli te 8 zdań to nie początek, lecz środek? Że to wyrwane z trzewi powieści mięso, jakiś luźny arkusz wydawniczy, a Czytelnik nigdy się nie dowie, ile zdań dzieli go od początku i ile pozostało do końca? A jeśli to nie środek, lecz koniec? Jeśli zdanie ósme jest ostatnim zdaniem wielosetstronicowej, choć nieznanej, bo nieistniejącej, powieści, a zdanie siódme jest jej zdaniem przedostatnim itd.? Posłowie wyglądają raczej na ekspozycję niż na kodę, ale pomysł, że kończą splątaną powieść nie jest dużo bardziej ekscentryczny od tego, że są jej otwarciem. Ostatecznie Czytelnik ma w obydwu domysłach to samo poczucie: nie wie. Ta niewiedza raz dotyczy tego, co było dalej, a innym razem tego, co było wcześniej, lecz nadal jest tym samym doświadczeniem. Przecież historia opowiadana w Posłach może być opowiadana od tyłu, achronologicznie i być może dociera do swego chronologicznego początku (co to w ogóle znaczy, poza pustym pojęciem teoretycznym?) na samym końcu? Może przyjazd wychodźców kończy, a nie rozpoczyna opowieść?
To wszystko, co zostało powiedziane powyżej zakłada jednak, w jakiś sposób, że Posłowie są tekstem niedokończonym, częścią większej całości lub częścią całości niemożliwej do spełnienia, lecz w każdym razie są fragmentem. Co jednak, jeśli dopuścimy na moment myśl, że wszystkie te domysły są błędne? Być może Posłowie od początku stanowili całość, iluzoryczną zapowiedź czegoś, co wprawdzie wydaje się wpisane w istniejące zdania, co zaprasza do dalszej drogi, ale nie tylko nie zaistniało, bo jakiś przypadek przeszkodził w jego powstaniu, ale też nigdy nie miało powstać. Część jest całością i nie ma ani jednego zdania poza nią, co więcej, ani jednego zdania być nie może. A skoro tak, to nie ma części, gdyż ta zakłada różną od siebie całość, nie ma fragmentu, gdyż ten zakłada strukturę, w której gra swoją fragmentaryczną rolę, jest tylko całość: 8 zdań Posłów. Co to oznacza dla Redaktora, co to oznacza dla Czytelnika? Czy ucina wszelkie spekulacje, skazuje na banicję wszystkie domysły dotyczące dalszego losu naszkicowanego świata i zamieszkujących go ludzi? Nie można wykluczyć, że Autor miał w głowie wytyczone poza tekst trajektorie zdarzeń, linie rozwoju wątków lub przynajmniej formalną zasadę (lub zasady) rozwoju zdań, rodzących za pomocą tych samych, lecz podawanych w różnej konstelacji słów nowe sensy. Niewykluczone, że w czeluściach twardego dysku Autora można byłoby odnaleźć plan powieści, zarys całości większej niż to, co pozostawione Czytelnikowi. Ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Wydaje się, że tak. Posłowie mają swoje ostatnie zdanie, jest nim zdanie ósme. Czy jest to jednak zdanie ostatnie z przypadku, z zrządzenia losu, które sprawiło, że Autor, choć chciał lub nawet na jakimś etapie pragnął, nie postawił już zdania następnego? Wówczas uzyskalibyśmy, niejako przy okazji, roboczą definicję zdania ostatniego: zdanie, po którym nie następuje żadne inne, która to definicja nie mówi nic o istocie tego zdania, a jedynie zdaje sprawę z typograficznej granicy, jaką jest biel niezadrukowanej strony rozciągająca się pod wydrukowanym tekstem. Czy jednak nie mamy do czynienia z czymś innym: to zdanie ostatnie, gdyż w zamyśle Autora nie miało być żadnych następnych (jeśli za zdania następne uznamy te napisane ręką Autora, a nie te, które mogą powstawać po lekturze w głowach Czytelników)? Dochodzimy tu do ciekawego paradoksu. Paradoksalnie bowiem nieukończona przez Autora, a więc niedoskonała forma tekstu obiecuje nieistniejący ciąg dalszy, który skrystalizuje się w coś, co może być — przynajmniej w czytelniczym marzeniu — doskonałe. A założenie, że te 8 zdań to ukończona i przemyślana całość, a więc, poprzez swoje domknięcie, doskonała jako skończona forma, każe rozważać niedoskonałość tak przemyślanego dzieła, które, przyjmując wolny rytm powieściowy, wyczerpuje się w niewyczerpanej ekspozycji. Niedoskonałość dzieła nieukończonego zderza się z niedoskonałością dzieła ukończonego. Mankamenty Posłów jako całości z perspektywy jakiejkolwiek teorii powieści są ewidentne. I nie rozwiązuje tu żadnego problemu polubowne uznanie Posłów za opowiadanie. Być może jednak Autorowi udało się obejść tę zasadzkę paradoksu: zostawiając całość i sugerując jej częściowość dał Czytelnikowi (i sobie) szansę na nadzieję, że każde kolejne zdanie — którego nie ma i nie będzie — zbliży utwór do doskonałości. Jednocześnie Autor, nie pisząc kolejnych zdań i nawet nie sugerując, jak miałoby wyglądać zdanie dziesiąte, setne czy tysięczne, nie może swojego tekstu zepsuć, uczynić gorszym, pogrążyć. Kropka po ósmym zdaniu jest obietnicą, która wprawdzie nigdy nie zostanie spełniona, ale też nigdy nie zostanie złamana. Swoją drogą, ileż czytelniczych rozczarowań kryją w sobie wielkie ukończone powieści? Ile ziewnięć, do których nie chcemy się przyznać, i znużenia, które odpędzamy podczas lektury tylko dlatego, że uwiodły nas pierwsze zdania — lub nawet nie one, lecz pozatekstowa aura, w jakiej dowiedzieliśmy się o istnieniu danej książki — obiecując zbyt wiele? Odpowiedzi na te pytania pozostaną na zawsze intymną i wstydliwą tajemnicą Czytelników, ciągle marzących o Księdze, powieści doskonałej.
Czytelnik niczego nie może być pewien. Żadnej z zarysowanych powyżej możliwości nie można ot tak odrzucić, a to sprawia, że status tekstu, tych 8 pozostawionych przez Autora zdań, jest wysoce problematyczny. Nawet utarte zwroty zwodzą i oszukują. Czyż bowiem powiedzielibyśmy o ukończonej i podpisanej do druku po licznych adjustacjach i korektach powieści, że Autor ją pozostawił? Pozostawienie sugeruje porzucenie, niedokończenie, jakąś ucieczkę, która sprawia, że możemy myśleć o tekście jak o czymś potrzebującym pomocy, wsparcia, wyrażonego pracą Redaktora. Ale przecież ostatnia z podanych tu możliwości musi przekreślić uzurpację słowa „pozostawić”, gdyż być może mamy tu do czynienia z dziełem kompletnym, w którym, według zamysłu Autora, nie brakuje ani jednego zdania. „Pozostawienie” zatem należałoby zastąpić po prostu „napisaniem” lub „przedłożeniem” Czytelnikowi w takim, a nie innym kształcie. Ostatnia z omawianych możliwości nie musi być zresztą prawdziwa. Nie ma na to żadnych dowodów ani w samym tekście, ani w tym, co się wokół niego dzieje za sprawą Autora, gdyż, powiedzmy sobie szczerze, nie dzieje się nic. Autor milczy o swym zamyśle, świadomie lub nie, nie pomaga Czytelnikowi, tak jak wcześniej nie pomagał Redaktorowi. To milczenie tworzy z początku słabe, lecz z czasem coraz mocniejsze napięcie pomiędzy częścią a całością. 8 zdań może być częścią nieistniejącej całości lub samą całością i nic, poza czytelniczym nawykiem, że zdania te stanowią raczej ekspozycję powieści niż powieść całą (co przecież od kilku dekad nie może być miarodajnym drogowskazem dla nikogo), nie pozwala tego napięcia rozwiązać. Część i całość lub też, precyzyjniej: możliwość części i możliwość całości stawiają Czytelnika na rozdrożu. Jeśli bowiem po ostatnim słowie tekstu nie miało być nic, to po co jest wszystko to, co je poprzedza? Czyż te 8 zdań nie zachęca do snucia domysłów? Czyż nie obiecuje czegoś więcej, szkicując scenerię, bohaterów i główne wątki opowieści, której zakończenie (w obecnym kształcie) dalekie jest od fabularnych nawyków Czytelnika? Czy ta obietnica, iluzja ekspozycji — jeśli oczywiście założymy na moment, że to skończona całość — nie kwestionuje sensu całości (a po części też sensu części)? Byłoby tak z całą pewnością, gdyby inne utwory prozatorskie, czytane nie jako pozostawione, lecz jako ukończone i przedłożone przez Autora lub innych Autorów, porzucały Czytelnika w chwili, gdy dobrnie do ostatniego zdania. Ale przecież tak nie jest. Opowieść pracuje w nas długo po zamknięciu okładek i nawet skończona oraz fabularnie pozamykana konstrukcja nie rozwiewa się wraz z ukończeniem lektury. Tekst, nawet najprostszy, wżera się w życie i zadomawia się tam na dłużej, czasem opanowując życie Czytelnika dozgonną obsesją, czasem zajmując mu kilka godzin lub dni, kiedy ten nie może się otrząsnąć po stracie, jaką jest zamknięta książka. Zatem nawet to kryterium, kryterium nienasycenia i doznania niepełności, nie może być rozstrzygające. Nie można odrzucić hipotezy o całości, a zatem pozostaje napięcie między częścią a całością, ciągłe migotanie sensu, oddalanie się i zbliżanie przeczucia, które próbuje zapanować nad tekstem, ogarnąć go w jednym mocnym uścisku. I to napięcie, które prześwietliło — jak światło prześwietla nieostrożnie wyciągniętą z ciemności niewywołaną błonę fotograficzną — najszczersze intencje Redaktora, gotowego snuć domysły i dopisywać ciągi dalsze lub przynajmniej nad nimi spekulować. Ale też prześwietlone zostało poczucie całości i mamy, obok 8 zdań Autora, dwa nieważne już przeczucia i nigdy ich nie wywołamy, nie sprawdzimy, które uchwyciło w kadrze właściwą intuicję.