— Pewnie, bo póki tu ona była gospodynią, nikto663 głodem nie przymierał — zaciął konie batem, wóz wsparł ramieniem i ruszył.
Utrafił ją w słabiznę664, ale nim się zebrała odpowiedzieć, odjechał.
Jaskółki zaświegotały pod strzechą i stado gołębi opadło z gruchaniem na ganek, a kiej665 je spędzała, doszedł ją ze sadu jakiś kwik, zlękła się, że świnie pyszczą666 po cebuli, ale na szczęście to jeno667 sąsiedzka maciora ryła się pod płot.
— Wsadź jeno ryj, a spyszcz, to już ja cię przyrychtuję668.
A ledwie wzięła się znowu do roboty, kiej669 bociek hycnął na ganek, przyczaił się ździebko670 i popatrzywszy to jednym, to drugim okiem, jął kuć w bochny łykając ciasto wielkimi kawałami.
Wypadła na niego z wrzaskiem.
Uciekał z wyciągniętym dziobem robiąc gwałtownie gardzielem, a kiej go już doganiała, bych zdzielić drewnem, poderwał się i frunął na stodołę i długo tam stojał671 klekocąc a wycierając dziób o kalenicę672.
— Czekaj, złodzieju, jeszcze ja ci kulasy673 poprzetrącam — groziła obtaczając na nowo podziurawione bochenki.
Przyleciała Józka, więc na niej wszystko się skrupiło.
— Kaj674 się to nosisz675? Cięgiem676 ganiasz jak kot z pęcherzem! Powiem Antkowi, jakaś to robotna677! Wygarniaj z pieca, a żywo678!