— Jak nie damy pieniędzy, to za cóż postawią? — ozwał się któryś z kupy.
— Głupiś! Sami wezmą, a nie dasz z dobrej woli, to ci ostatnią krowę sprzedadzą i jeszcze do kozy pójdziesz za opór! Rozumiesz?! To nie z dziedzicem sprawa — zwrócił się do Lipczaków — z naczelnikiem nie ma żartów. Mówię wam, róbcie, co każą, i dziękujcie Bogu, że nie jest gorzej.
Przytwierdzali mu tak samo myślące, zaś stary Płoszka po długim rozważaniu wyrzekł niespodzianie:
— Prawdę mówicie, a Rocho naród zbałamucił i do zguby popycha.
A na to wystąpił jakiś gospodarz z Przyłęka i powiedział głośno:
— Bo Rocho z panami trzyma i latego podjudza przeciw urzędom!
Zakrzyczeli go ze wszystkich stron, ale chłop się nie ulęknął i skoro się jeno przyciszyło, znowuj głos podniósł:
— A głupie mu pomagają! Rzekłem! — potoczył mądrymi oczami. — A komu to nie w smak, niech stanie, to mu w oczy przywtórzę. Głupie! Bo nie wiedzą, iż zawdy tak było, że panowie się buntują, naród judzą, do nieszczęścia prowadzą, ale jak przyjdzie za to płacić, to kto płaci? Chłopi! A jak wam kozaków po wsiach zakwaterują, to kto będzie brał baty? Kto będzie cierpiał? Kogo do kreminału powleką? A jeno was, chłopów! Panowie się za wami nie upomną, nie, wyprą się wszystkiego kiej judasze i jeszcze starszyznę będą ugaszczali po dworach.
— Bo co im ta naród znaczy... Tyla, żeby za nich gnaty wyciągał.
— A żeby mogli, to by jutro wrócili pańszczyznę! — podniesły się wołania.