— Juści, żem w sobie krzepki jeszcze, ale która by ta poszła za mnie?...

— Któren nie probant, co wie? Obaczycie!

— Starym, dzieci dorastają... a pierwszej z brzegu nie wezmę...

— Zróbcie ino zapis, a i co najpierwsze się wama nie sprzeciwią...

— La zapisu! Kiej te świnie! Za tę morgę to i młódka najczystsza a pójdzie choćby za dziada spod kościoła...

— A chłopy to za wianem nie patrzą, co?

Nie odrzekł już, jeno skropił batem źrebicę, że ruszyła z miejsca galopem.

Milczeli długo.

Dopiero gdy wyjechali z lasu na pola, między przydrożne topole, Boryna, który cały ten czas burzył się w sobie i przegryzał, wybuchnął:

— Na psy takie urządzenie we świecie! Za wszystko płać, choćby i za to dobre słowo! Źle jest, że i gorzej być nie było. Już nawet dzieci na ojców nastają, posłuchu nie ma nijakiego, a wszystkie się żrą ze sobą kiej psy.