Już siwy zmierzch zasiewał świat, kiej Rocho wyszedł z ostatniej za kościołem chałupy, od Gołębiów, i powlókł się do wójta na drugi koniec wsi.
Wiater wciąż hurkotał, ciskając się coraz barzej, a tak miecąc drzewinami, że nie było przezpiecznie iść, bo raz po raz leciały na drogę odłamane gałęzie.
Stary też, zgarbiony, przemykał pod samymi płotami, ledwie widny w tej dziwnej szarości zmierzchu, kieby ze startego na proch szkła uczynionego.
— Jeśli do wójta idziecie, we młynie pono. W chałupie go nie ma! — Jagustynka zjawiła się przed nim niespodziewanie.
Zawrócił ku młynowi bez słowa, nie cierpiał bowiem tego pleciucha.
Dopędziła go wnet i drepcąc pobok, zaszeptała prawie w same uszy:
— Zajrzyjcie do moich Pryczków abo i do Filipki... Zajrzyjcie!
— Bym co pomógł, to zajrzę...
— Tak skamlały, abyście do nich zajrzeli... Przyjdźcie! — gorąco prosiła.
— Dobrze, jeno przódzi muszę z wójtem pomówić.