Zmówiła jeno krótki pacierz, tak już było jej pilno do Kłębów, ale przed kościołem zaraz spotkała się oko w oko z Jagustynką.

— Jagata! — krzyknęła tamta z wydziwem119 niemałym.

— Dyć żywię120 jeszcze, gospodyni! Żywię! — Chciała ją w rękę pocałować.

— A powiedali, żeście już nogi wyciągnęli gdziesik w ciepłych krajach... Ale wama ten letki chleb Jezusowy na zdrowie nie poszedł, bo coś mi na księżą oborę patrzycie... — mówiła, szydliwie121 ją rozglądając.

— Wasza prawda, gospodyni... A tom ledwie już dowlekła kosteczki... Dojdę se już pomaluśku a wrychle122, dojdę...

— Do Kłębów śpieszycie?

— A gdzież bym to szła? Krewniaki przeciech...

— Radzi was przyjmą, torbeczki dygujecie123 niezgorsze, a jakiś grosz też być musi w supełkach, to juści, że chętliwie124 przypuszczą waju125 do krewniactwa.

— Zdrowi bych126 są? Nie wiecie? — markotne jej były te przekpinki127.

— Zdrowi... Jeno Tomek, że słabował ździebko, to się teraz lekuje128 w kreminale129.