— Kłąb! Tomasz! Nie powiedajcie, bo mnie nie do śmiechu!
— Rzekłam, a dołożę, że nie sam siedzi, a z dobrą kompanią, bo z całą wsią... I morgi nie pomogą, kiej sąd przyskrzybnie drzwiami a okratuje.
— Jezus Maria, Józefie święty! — jęknęła, jako słup stając w zdumieniu.
— Bieżcież rychlej do Tomkowej, to się tam napasiecie nowinkami barzej drujkimi130 niźli miód. Hi, hi! Świętują se chłopy aż miło! — zaśmiała się urągliwie, a złe jej oczy strzeliły nienawiścią.
Agata powlekła się ogłuszona, nie mogąc jeszcze uwierzyć w słyszane. Spotkała kilka znajomych kobiet, które ją przywitały dobrym słowem, zagadując o tym i owym, ale jakby nie słyszała pogwary131, rozdygotana w sobie strachem coraz zjadliwszym, że już z umysłu przywalniała, bych jeno opóźnić sprawdzenie tych nowin piekących. Długo siedziała pod sztachetami plebanii, bezmyślnie patrząc na księży dom. Na ganku stojał bociek na jednej nodze i jakby naglądał psów, baraszkujących po żółtych uliczkach ogrodu, a Jambroży z dziewką okładali nową darnią boki klombu, któren się już rudział kieby szczotką żelazną tymi młodymi chlustami kwiatów przeróżnych.
Dopiero wzmógłszy się na siłach, chyłkiem ruszyła w opłotki Kłębowego domu, stojącego tuż w rząd z plebanią.
Z dygotem juści szła, czepiając się płotów i latając przetrwożonymi oczyma po sadzie i chałupie, siedzącej w głębi, ale jeno krowy pod oknami chlipały głośno z cebratek132; sień wywarta była na przestrzał, że dojrzała maciorę z prosiętami wylegujące się w błocie podwórza i kury pilnie grzebiące w gnoju.
Podjąwszy próżną już cebratkę, bo śmielej było jej z czymścić w garści wejść, wsunęła się do wielkiej, mrocznej izby.
— Niech będzie pochwalony! — ledwie wykrztusiła.
— A na wieki! Kto tam? — zwał się po chwili zajękliwy133 głos z komory.