— Dyć to ja, Agata! — Jezus, jak ją spierało pod piersiami!
— Agata! Widzieliście no, moi ludzie! Agata! — gadała prędko Kłębowa, ukazując się na progu z pełną zapaską piszczących gąsiąt, stare zaś z sykiem i gęgotem dyrdały134 za nią. — No, to chwała Bogu! A powiadali ludzie, jakoście jeszcze na Gody135 pomarli, nie wiada136 było ino kaj, że nawet mój zbierał się do kancelarii na przewiady. Siadajcież... Strudzeni pewnikiem jesteście. Gęsi się ano lęgną...
— Pieknie się wywiedły137, kiej ich aż tyla!
— A będzie kopa138 bez mała, przez139 pięciu. Chodźcie przed dom, bo trza ich podkarmić i przypilnować, aby stare nie stratowały.
Wybrała je starannie z zapaski na ziemię, iż zaroiły się kiej te żółciuchne pępuszki140, a stare jęły radośnie gęgotać a wodzić nad nimi dzióbami.
Kłębowa wyniesła na deseczce posiekanego jajka wraz z pokrzywami i kaszą i przykucnęła przy nich pilnie bacząc, bo stare kuły141 w drobiazg, tratowały i kradły jedzenie, jak ino mogły, rejwach142 czyniąc krzykliwy.
— Siodłate143 wszystkie będą — zauważyła, siadając na przyzbie.
— Juści, a z wielkiego gatunku. Organiścina odmieniła144 mi jaja, że trzy swoje dawałam za jedno... Dobrze, iżeście już ściągnęli do chałupy... Roboty tyla, że nie wiada, gdzie przódzi pazury zaczepić.
— Zaraz się wezmę do roboty, zaraz... Jeno mocy nieco nabierę... Chorzałam i całkiem się wyzbyłam z sił... Ale niechaj ino wydycham, to zaraz...
I chciała się podnieść, chciała iść, by się wziąć za robotę jaką, ale chudzina jeno się potoczyła na ścianę i z jękiem padła.