Już wszystkie kobiety powróciły z miasta, a Hanka nie nadjeżdżała.
Józka narządziła sutą wieczerzę: barszcz na kiełbasie i ziemniaki tłusto omaszczone. Zaczęła ją podawać na ławę, gdyż Rocho czekał, dzieci jeść skamlały, a Jagna raz po raz zaglądała do izby, kiej Witek wsunął się cichuśko i zaraz przykucnął przed dymiącymi michami. Dziwnie był czerwony, mało jadł i łyżką po zębach dzwonił, tak mu się ręce trzęsły, a nie dojadłszy do końca, poleciał.
Złapała go Józka w podwórzu przed chlewem, jak nabierał w połę świńskiego żarcia z cebratki, a ostro nastawała: co mu się stało?
Wykręcał się, jak mógł, wycyganiał, ale w końcu prawdę powiedział:
— A to odebrałem dobrodziejowi swojego boćka!
— Jezus, Maria, a nie dojrzał cię kto?
— Nie, dobrodziej pojechali, psy poszły żreć, a bociek w ganku stojał! Maciuś to wypatrzył i przyleciał powiedzieć! Kapotą Pietrkową go przydusiłem, by me nie kujnął, i poniesłem do schowka! Ino pary z gęby nie puść, moja złociuśka! Za parę niedziel przywiedę go do chałupy. Obaczysz, jak paradował na ganku będzie, a nikto go przeciech nie rozpozna. Nie wydaj me ino!
— Hale! Kiej cię to z czym wydałam? Dziw mi jeno, żeś to się ważył, Jezu!
— Swoje odebrałem. Pedziałem, co nie daruję, i odebrałem... Po tom go pewnie łaskawił, żeby drugie uciechę miały, juści! — szepnął i poleciał gdziesik w pole.
Niezadługo się jawił z nawrotem i zasiadł przed kominem wraz z dziećmi do wykończania kogutka.