A w izbie zrobiło się jakoś sennie i smutno. Jaguś poszła na swoją stronę, zaś Rocho siedział przed domem razem z Bylicą, któren już żydy woził364, tak go śpik morzył.
— Idźcie do dom, bo tam na was czeka pan Jacek! — szepnął mu Rocho.
— Na mnie czeka... Pan Jacek... Dyć lecę... Na mnie? No... No — jąkał zdumiony, całkiem wytrzeźwiawszy; i poszedł.
A Rocho na przyźbie ostał. Pacierz szeptał, wpatrzony w noc, w owe nieprzejrzane dalekości nieba, kaj się aż trzęsło od gwiezdnych migotów; dołem zaś, nad ziemiami, wynosił się już srodze rogaty miesiąc i bódł ciemności.
W chałupach światła gasły posobnie, kiej oczy snem zwierane. Milczenie, przejęte cichuśkim dygotaniem listeczków i głuchym, dalekim bełkotem rzeczki, rozlewało się dokoła. Tylko jeszcze u młynarzów gorzały okna i zabawiali się do późna.
W izbie Borynów już przycichło. Spać wszyscy legli, gasząc światło, że ino koło garnków z wieczerzą ustawionych w kominie żarzyły się węgle, a świerszcz poskrzypiwał gdzieś w kącie. Ale Rocho wciąż siedział na dworze, oczekując na Hankę, że dopiero koło samego północka zadudniły kopyta na moście koło młyna i wkrótce wtoczyła się bryka.
Hanka była dziwnie smutna i milcząca, że dopiero kiej zjadła wieczerzę i parobek poszedł do stajni, odważył się pytać:
— Widzieliście męża?
— Całe popołudnie z nim przesiedziałam! Zdrowy jest i dobrej myśli... Kazał was pozdrowić... I drugich chłopów też widziałam... Mają ich puścić, jeno nikto nie wie kiedy... U tego, co ma na sądach Antka bronić, też byłam...
Nie mówiła tego, co jej kamieniem zaciężyło na sercu, a jeno takie różności drugie, Antka się nietyczące, aż rozpłakała się nagle; i choć przysłoniła twarz rękoma, łzy pociekły przez palce.