Rozeszli się do obrządzeń gospodarskich, Witek tylko ostał i upatrzywszy sposobną porę, jął prosić gospodyni, aby go puściła z kogutkiem.
— A idź, przyodziewy jeno nie ściarachaj i sprawuj się dobrze! Psy uwiąż, by za wami na drugie wsie nie poleciały! Kiedyż pójdzieta?
— A zarno po kościele.
Jagustynka wraziła głowę przez okno i zapytała:
— Kaj to psy, Witek? Wyniesłam im jeść, wołam i ni jednego!
— Prawda, dyć i w oborze rano nie były! Łapa! Burek! Na tu! — nawoływał, wybiegając przed dom, ale się nie odezwały.
— Musiały na wieś polecieć, bo suka Kłębów się goni... — objaśnił.
Nikomu do głowy nie przyszło myśleć, kaj się psy podziały — zwyczajna przeciech rzecz. Dopiero po jakimś czasie Józka posłyszała gdziesik w podwórzu jakby głuche skamlenie, a nic tam nie nalazłszy, pobiegła w sad, myśląc, że to Witek się rozprawia z jakimś psem obcym. Zdziwiła się, nie dojrzawszy nikogo. Sad był pusty i to skomlenie ucichło, ale powracając, natknęła się na Burka; leżał nieżywy pod szczytową ścianą — łeb miał rozwalony.
Narobiła takiego wrzasku, że się wszyscy zlecieli.
— Burek zabity! Złodzieje pewnie!