— O las poszło. Dziedzic sprzedał go kryjomo przed Lipcami Żydom. Jeli go wnet rąbać! Krzywda była taka i sprawiedliwości znikąd, to i co miały począć? Do kogo iść ze skargą? A do tego zawziął się na cały naród, że ni jednego komornika147 ze wsi do roboty nie zawołał. Zmówili się też i całą wsią poszli swojego bronić, ile ino narodu było. Powiedali, że wszystkich karać nie pokarzą, jeśliby na to przyszło, ale nikto o tym nie pomyślał, bo jakże? Za co to mieli karać? Przeciech o swoje jeno zabiegali. Poszli do poręby148, pobili rębaczów149, że po dobrej woli nie ustąpili, pobili dworskich i wszystkich ano z boru wygnali... Na swoim postawili, a po sprawiedliwości, bo póki z lasu nie wydzielą, co jest czyje, ruchać go nikt prawa nie ma. Ale się dużo przy tym pomarnowało naszych. Starego Borynę przywieźli z rozłupaną głową, borowy ci go tak uszlachtował; a tego ci znowuj Antek Boryniak zakatrupił za ojca.

— Jezus! Zakatrupił, na śmierć?!

— Na śmierć, a stary do dzisiaj ano choruje i bez rozumu zgoła leży. Juści, on najbardziej ucierzpiał, ale i drugie też niemało: Szymek Dominikowej miał przetrącony kulas150, Mateusz Gołąb był tak pobity, że go aż przywieźć musieli, Płoszce Stachowi rozwalili łeb, a drugim dostało się też dosyć, że i nie spamiętać, co i komu! Nikto się tym zbytnio nie frasował ni narzekał, bo swoje dokazali, wrócili też bujno151, ze śpiewami kiej po tej wojnie wygranej. Całą noc w karczmie z uciechy pili, a barzej pobitym gorzałkę do chałup nieśli. A na trzeci dzień jakoś, w niedzielę, śnieg padał mokry i zrobiła się taka plucha od samego rana, iż trudno było nosa wyścibić na dwór. Zbieraliśmy się właśnie do kościoła iść, kiedy Gulbasowe chłopaki poczęły na wsi krzyczeć: „Strażniki jadą!”. Jakoż może w pacierz przyjechało ich ze trzydziestu, a z nimi urzędniki i cały sąd; rozłożyli się na plebanii. No, że już i nie wypowiem, co się działo, kiej zaczęły sądzić, wypytywać, zapisywać, a naród po kolei brać pod stróżę... Nikto się nie opierał, każden pewny był swojego, a wszystkie kiej na spowiedzi przyświarczały152 i prawdę szczerą mówili. Dopiero pod wieczór skończyli i chcieli zrazu całą wieś wraz ze wszystkimi kobietami brać, ale podniósł się taki krzyk a ten płacz dzieciński, że chłopy już się za kołami oglądali... Dobrodziej musiał cosik przełożyć starszym, że nas poniechali; nawet Kozłowej, silnie wygrażającej wszystkim, nie wzięli. Chłopów jeno samych zabrali do kreminału, Antka zaś Borynowcgo w postronki153 przykazali wiązać!

— Jezus! W postronki przykazali wiązać!

— I związali, ale porwał ci je kiej te nicie nadgniłe, aż się przelękły wszystkie, bo wydał się, jakby mu dur154 do łba przystąpił albo i zły opętał. A on stanął przed nimi, a w oczy im rzekł: „Skujcie mię mocno w kajdany i pilnujta, bo wszystkich zakatrupię i sobie co złego zrobię...”. Tak się ano zapamiętał, że mu ojca zabili, sam ano ręce podał w żelaza, sam nogi nastawił i tak go powieźli...

— Jezu mój miłościwy! Maryja! — jęczała Agata.

— Widzę zawdy i do samej śmierci nie zabaczę155, jak ich brali... Wzieni156 mojego z chłopakami... Wzieni Płoszków... Wzieni Pryczków... Wzieni Gołębiów... Wzieni Wachników... Wzieni Balcerków... Wzieni Sochów... A tyla jeszczech drugich wzieni, że więcej niźli pięćdziesiąt chłopa popędzili do kreminału... Że i rozum ludzki nie poradzi wypowiedzieć, co się tutaj działo... Jakie płacze się krwawiły... Tych wrzasków lamentliwych... Ni tych przekleństw strasznych. A tu zwiesna nadeszła, śniegi rychło spłynęły, role podeschły, ziemia aż się prosi o obróbkę; czas na orki, czas na siewy, czas na wszystkie roboty, a robić nie ma kto! Wójt jeno ostał, kowal i tych kilku staruchów ledwie się ruchających, a z parobków jeden ino głupawy, Jasiek Przewrotny! A tu i czas przychodzi rodów, że już poniektóre zległy, krowy się też cielą, lągi157 wszędzie... O chłopach też trza myśleć i podwozić im to pożywienie, to grosz jaki albo i tę czystą koszulę, a roboty innej tyla, że już i nie wiada, za co się przódzi brać; samym przeciech nie uradzi, a najemnika dostać nie można po drugich wsiach, boć kużden sobie przódzi obrobić musi...

— Nie puszczą ich to rychło?

— Bóg ta wie kiedy! Jeździł do urzędu ksiądz, jeździł i wójt. I powiedają, że kiej śledztwa skończą, to ich popuszczają, że to sądy mają być później. Ale już trzy niedziele przeszło, a jeszcze ni jeden nie wrócił. Rocho też we czwartek pojechał dowiadywać się.

— Boryna żywie to jeszcze?