— Żywie, jeno ledwie dycha i do rozumu nie przychodzi, jako ten klocek leży... Zwoziła Hanka dochtorów, to znających się. Nic nie pomaga...
— Juści, pomogą tam dochtory, gdzie chto na śmierć chory!
Zmilkły wyczerpane wspominkami. Kłębowa zapatrzyła się wskroś sadu na daleką topolową drogę, wiodącą do miasta, i popłakiwała z cicha, nos cięgiem ucierając...
Potem zaś krzątając się pilnie kiele158 narządzania obiadu, opowiadała z wolna wszystko, co się stało we wsi przez zimę, a czego Agata zgoła nie wiedziała.
Aż stara rozpletła ręce i pochyliła się ku ziemi ze zgrozy i zdumienia, bo te nowinki kiej kamienie spadały na nią i przejmowały duszę taką zgryzotą i bólem, że chlipać cicho poczęła.
— Mój Boże, tam we świecie cięgiem myślałam o Lipcach, ale żeby takie sprawy się działy, to mi nawet i do rozumu nie przychodziło... A tom nawet póki życia długiego i nie słyszała o podobnym! Złe się tutaj osadziło na dobre czy co?
— Juści, że jakby na to przychodziło!
— A może jeno dopust boży za złość ludzką i grzechy!
— Pewnie, że nie inaczej. Pan Jezus karze choćby za takie śmiertelne grzechy jako to Antka z macochą. Nowe zaś przewiny idą, stają się na wszystkich oczach!
Już Agata bojała się rozpytywać o więcej, tylko podniesła roztrzęsioną rękę i jęła się śpiesznie żegnać, pacierz mamląc159 gorący!