— By mróz nie zwarzył, to owocu będzie galanto.
— Powiadają, że kiedy chleb nie zrodzi, sad dogodzi!
— Ma się na to w Lipcach, idzie po temu! — westchnęła smutnie, spoglądając łzawo na nieobsiane pola.
Prędko się uwinęły z wywodem, bo dzieciak się rozkrzyczał, a i Hanka poczuła się tak utrudzoną, że zaraz po powrocie do izby przyległa nieco na pościeli. Ale nie odzipnęła jeszcze, kiej Witek z krzykiem wleciał:
— Gospodyni, a to Cygany do wsi idą!
— Masz diable kaftan, tego jeszcze brakowało. Zawołaj Pietrka drzwi pozamykać, bych czego nie porwały.
Przed dom wyszła, zatrwożona wielce.
Jakoż wkrótce rozleciała się po wsi cała banda Cyganek — obdartych, rozmamłanych, czarnych kiej sagany, z dziećmi na plecach, a uprzykrzonych, że niech Bóg broni. Łaziły, żebrząc, wróżyć chciały i do izb gwałtem się cisnęły. Z dziesięć ich było, a narobiły wrzasku na całą wieś.
— Józka, spędź gęsi i kury w podwórze, dzieci przywiedź do chałupy, jeszcze ukradną! — Siadła w ganku pilnować, a dojrzawszy jakąś Cyganichę, zmierzającą w opłotki, poszczuła ją psem; Łapa się rozsrożył i nie puścił, że czarownica pogroziła kijem i cosik na nią mamrotała.
— Hale, gdzieś mam twoje przekleństwa, złodziejko!