— Bo jako ten grób otwarty widzi się cała wieś, że jeno kamieniem przywalić i krzyże postawić... Że nawet pacierza nie będzie miał kto zmówić ni na mszę dać... — potwierdziła smutnie Kłębowa.
— Prawda! Pozwolicie, gospodyni, to bym ano na górkę poszła. Kości me bolą po drodze i oczy już śpik170 morzy.
— A śpijcie, gdzie wama do upodoby przylegnąć; miejsca nie brakuje.
Stara wnet pozbierała sakwy i jęła się w sionce skrobać po drabce, gdy Kłębowa zaczęła mówić za nią przez wywarte drzwi:
— Hale171! Małom nie zabaczyła wama powiedzieć, że wzielim waszą pierzynkę ze skrzyni... Marcycha chorzała w zapusty172 na krosty... Ziąb był taki, przyodziać nie było czym... Tośwa173 se pożyczyli od waju... Pierzyna już wywietrzona i choćby jutro, a zaniesie się ją na górę...
— Pierzynę... Wasza wola... Juści, kiej było potrza... Juści...
Chyciło ją tak cosik za gardziel, że urwała; dowlekła się po omacku do skrzyni, przykucnęła i podniósłszy wieko, jęła śpiesznie drżącymi rękoma błądzić i obmacywać swoje wiano śmiertelne...
Juści... Pierzyny nie było... A nową całkiem ostawiła, w czystym obleczeniu, ni razu nieużywaną... Dyć ją z tych naleźnych piórek po pastwiskach uścibała... Byle mieć na tę ostatnią skonania godzinę...
A wzieni ją, wzieni...
Płacz ją taki chycił żałośliwości pełen, że dziw jej serce nie pękło.