— Juści, w mieście nie brakuje tych, co w mamki poszły albo w piecach u Żydów palą... Takie będą im rade — szepnęła chmurnie Nastusia.
— Któren mieskie400 wycieruchy przekłada, o takiego żadna nie stoi!
— Dawnoście, dziadku, w Lipcach nie byli? — zagadnęła któraś.
— A dawno, coś na jesieni! Zimowałem se u miłosiernych ludzi, we dworzem przesiedział zły czas.
— Może we Wólce? U naszego? Co?
— A we Wólce! Ja ta zawdy za pan brat z dziedzicami i z dworskimi pieskami: znają me i nie ukrzywdzą! Dały mi ciepły przypiecek, warzy, ile wlazło, tom bez cały czas powrósła kręcił i Boga chwalił. Człek się wyporządził i pieskowi też niezgorzej boki wydobrzały! Ho! Ho! Dziedzic mądry: z dziadami trzyma i wie, że torbę i wszy za darmo miał będzie... He! He! — Aż brzuchem trząsł i łypał powiekami od śmiechu, a wciąż rajcował. — A dał Pan Jezus zwiesnę, sprzykrzyły mi się pokoje i dworskie przypochlebstwa, zacniło mi się za chałupami i tym światem szerokim... Hej, deszczyk ci to siepie kiej czyste złoto, ciepły i rzęsisty, i rodzący, jaże świat pachnie młodą trawą... Kaj to lecita? Dzieuchy?! — Dosłyszał naraz, że poniesły się z miejsca, ostawiając go przed młynem. — Dzieuchy!
Ale żadna już nie odkrzyknęła — dojrzały kobiety, ciągnące nad stawem ku wójtowej chałupie, i do nich śmigały.
Z pół wsi już się tam zbierało, by się coś rzetelnego dowiedzieć.
Wójt snadź wstał niedawno, bo jeno w portkach siedział na progu, owijając onucami nogi, a o buty krzyczał na żonę.
Przypadały do niego z wrzaskiem, zadyszane, obłocone, które jeszcze niemyte ni czesane, a wszystkie ledwie zipiące z niecierpliwości.