Dopędziła ją Jagustynka.
— Juści, że wiecie! No, to dopiero nowina. Czekalim na nią co dnia, a kiej przyszła, zwaliła me kiej pałą w ciemię. Od wójta idziecie?
— Przytwierdził i nawet z papieru o tym przeczytał.
— Przeczytał, to juści, że pewne! Chwała ci, Panie, powrócą chudziaki, powrócą gospodarze! — szeptała gorąco, rozwodząc ręce.
Łzy posypały się jej z wyblakłych oczu, aż Hanka się zdumiała.
— Myślałach, że zapomstujecie, a wy w bek, no, no!
— Co wy?! W taką porę bych pomstowała! Człowiek jeno z biedy da czasem folgę ozorowi, ale w sercu co inszego siedzi, że czy chce, czy nie chce, a z drugimi radować się musi albo i smucić... Nie poredzi żyć z osobna, nie...
Przechodziły koło kuźni — młoty biły hukliwie, ogień buchał czerwony z ogniska, a kowal obręcz naciągał na koło pod ścianą. Spostrzegłszy Hankę, wyprostował się i wparł oczy w jej rozgorączkowaną twarz.
— A co? Doczekały się Lipce święta! Wracają pono niektóre.
— Wszystkie wracają, wójt o tym czytał! — poprawiła go Jagustynka.