Stanęły wnet do roboty, po dwie na zagonie, głowami do siebie — dziubały motyczkami dołki, a wraziwszy weń ziemniak, przygarniały go ziemią, okopując zarazem w poprzeczne rządki.
Cztery robiły, stara była jeno na przyprzążkę406, do poganiania.
Cóż, kiej robota szła niesporo! Ręce grabiały z zimna i w bruzdach było mokro, w trepy nabierało się wody, a szmaty na nic się zdały w błocie, bo deszcz, choć ciepły i coraz drobniejszy, mżył cięgiem, rozpryskując się po skibach, a trzepiąc po sadach, co zwiesiły okwiecone gałęzie nad drogę i z jakąś lubością nastawiały się na pluchę.
Ale już szło na odmianę — kokoty piały, niebo się stronami podnosiło niezgorzej przetarte, jaskółki jęły śmigać powietrzem kiejby na zwiady, a zaś wrony uciekały z kalenic i niesły się cichuśko a nisko nad polami.
Baby gmerały przygięte do zagonów, podobne do kłębów szmat przemoczonych, poredzając, wolniuśko robiąc, a z długimi odpoczynkami, że to na odrobek przyszły. Aż dopiero stara, obsadzająca grochem piechotą nadbruździa, zaczęła w głos, rozglądając się dokoła:
— Niewiela dzisiaj gospodyń w polu ni na ogrodach.
— Chłopy wracają, to nie robota im w głowie!
— Pewnie, tłuste jadło narządzają i pierzyny grzeją...
— Prześmiewacie, a samej jaże łysty do nich drygają! — rzekła Kozłowa.
— Nie wyprę się, co mi już Lipce obmierzły bez chłopów. Staram przeciek, ale prosto powiem, że choć to są juchy, łajdusy, świędlerze i zabijaki, a niech się jawi choćby i ta najgorsza pokraka, to zarno z nim raźniej i weselej, i lekciej na świecie. Która co inszego powie, zełże jak pies.