Cóż jej ta po gospodarce, po bogactwie, po ludzkim uważaniu, kiej la siebie nie miała ani jednej chwili szczęśliwości w całym życiu, nic zgoła! Skarżyła się tak żałośnie, jaże klacz zarżała ku niej, targając się na łańcuchu.

Zawlekła się do izby i przysadziwszy do piersi rozkrzyczanego chłopaka, zapatrzyła się bezmyślnie w zapocone szyby, zbrużdżone ociekającymi kroplami.

Dziecko jakoś matyjasiło411, skamląc i popłakując.

— Cicho, maluśki, cicho! Wróci tatulo, przywiezie ci kuraska412... Wróci, synka na koń wsadzi... Cicho, maluśki. A, a, a! Kotki dwa! Szare, bure obydwa! Wróci tatulo, wróci! — przyśpiewywała, huśtając go i chodząc po izbie. — A może i wróci! — potwierdziła sobie, przystając nagle.

Płomień ją ogarnął, moc rozprężyła przygięte plecy i taka radość wstąpiła w serce, że się już rwała do komory rznąć kawał świniny la niego, że już po gorzałkę chciała posyłać la niego, nawet już ku skrzyni szła, by się przyodziać świątecznie la niego. Ale nim to uczyniła, przypominki słów kowalowych spadły na obolałe serce kiej jastrzębie ostrymi pazurami — zmartwiała na miejscu, obzierając się jeno po izbie rozpalonym wzrokiem jakby za ratunkiem, nie wiedząc znów, co myśleć, co poczynać...

— A jak nie wróci? Jezu! Jezu! — jęknęła, chwytając się za głowę.

Bała się tego mówić, a głos ten huczał w niej kiej w studni; gotował się, wrzał i wzbierał w piersiach krzykiem strachu.

Dzieci jęły się za łby wodzić i krzyczeć. Wyciągnęła je za drzwi, zabierając się do narządzania śniadania, bo już Józka zaglądała do izby, wietrząc łakomie, czy zgotowane.

Łzy ustać musiały i boleście przytaić się w duszy, bo jarzmo codziennego trudu w kark się wpijało, przypominając, że robota czekać nie może...

Uwijała się też, jak mogła, choć nogi się pod nią plątały i wszystko leciało z rąk. Jeno wzdychała żałośnie, łzę jaką puszczając niekiedy, a we świat zamglony tęsknie spoglądając.