Obejrzała się. Bryka już zniknęła, turkot jeno dochodził i głosy pozdrowień zamienianych z przechodzącymi.
— Taki mleczak, dzieciuch prawie, a niech spojrzy, to jakby kto drugi wpół objął, jaże ciągotki biorą i w głowie się mąci...
Wzdrygnęła się, oblizując czerwone wargi a przeciągając się prężąco, z lubością.
Chłód ją nagle przejął. Dopiero spostrzegła, że jest z gołą głową, boso i prawie w koszuli, bo tylko w jakiejś podartej chuścinie na ramionach. Sczerwieniła się przywstydzona i jęła stronami przebierać się ku domowi.
— Chłopy wracają, wiecie to? — krzykały do niej dzieuchy z opłotków, to kobiety, to dzieci nawet, a wszystkie zadyszane i ledwie zipiące z radości.
— No to co? — rzekła którejś już prawie ze złością.
— Wracają! Mało to? — zdumiewały się jej oziębłości.
— Tyla z nimi, co i przez nich! Głupie! — mruczała, przykro tknięta, że to każda kiej zwariowana wyglądała swojego.
Zajrzała do matki. Jędrzych był jeno; pierwszy raz dopiero zwlókł się z barłogu, przetrącony kulas miał jeszcze spowity w szmaty, koszyk wyplatał na progu i pogwizdywał srokom, łażącym po płotach.
— Wiesz to, Jaguś? Wracają nasi!