Teresce naraz łzy się puściły z oczu i ciurkiem pociekły.
— Organista jest w domu? — spytała, twarz odwracając.
— A kajby441! Dobrodziej wyjechał, to się wyleguje kiej ten wieprz.
— Dobrodziej pewnie na jarmark?
— Juści, byka mają kupować.
— A mało to już ma różnego dobra? Co?
— Kto ma dosyć, to chciałby jeszczek więcej — mruknęła dziewka.
Tereska zmilkła. Zrobiło się jej strasznie żałośnie, że to ludzie mają wszystkiego po grdykę, a ona ledwie się pożywi, głodując często.
— Gospodyni idą! — zawołała dziewka, ruchając mocno koziełkiem w kierzance, jaże śmietana wypryskiwała wokoło.
— To twoja sprawka, próżniaku! Umyślnie puściłeś konie w koniczynę! — rozległ się w sadzie jazgotliwy głos organiściny. — Nie chciało ci się na ugór pędzić. Jezus, że to na nikogo się spuścić nie można! Ze dwa pręty442 koniczyny spasione443! Czekaj, powiem zaraz, a wuj takie ci fryko444 sprawi, darmozjadzie jeden, że popamiętasz.